[Jawia] Święto Przodków

Naprzód wy z lekkimi duchy,
Coście śród tego padołu
Ciemnoty i zawieruchy,
Nędzy, płaczu i mozołu
Zabłysnęli i spłonęli
Jako ta garstka kądzieli.
Kto z was wietrznym błądzi szlakiem,
W niebieskie nie wzleciał bramy,
Tego lekkim, jasnym znakiem
Przyzywamy, zaklinamy.

A.Mickiewicz, Dziady cz.II, Wydawnictwo Greg, 2009

Święto Przodków – Dziady to czas magiczny, kiedy zaciera się granica pomiędzy światem żywych i umarłych. W tym okresie dusze przodków powracają na ziemię by razem z nami ucztować, otoczyć opieką swoje rodziny i domostwa. Mimo poważnego charakteru zadumy i obcowania ze zmarłymi jest to święto radosne, tradycja słowiańska ukazuje bowiem śmierć oraz wszelkie zjawiska nadprzyrodzone jako naturalne elementy cyklu życia i harmonii w przyrodzie.

Bo dusza nie umiera

Kult Przodków i pamięć o zmarłych zajmowały istotne miejsce w przedchrześcijańskich wierzeniach Słowian. Koncentrowano się na życiu doczesnym, gdyż obca była Słowianom koncepcja nagrody lub kary po śmierci. Wierzono jednak w życie pozagrobowe i w to, że zmarli nie odchodzą ostatecznie, a jedynie ich dusze przenoszą się do Nawii* – zaświatów którymi rządzi Weles, bóg magii i przysiąg. Stamtąd zdarza im się odbywać wędrówki do swoich dawnych ludzkich siedzib, a dzieje się to właśnie w okresie Dziadów.

* Według wierzeń słowiańskich zaświaty dzielą się na Wyraj ptasi (gdzie odlatują na zimę ptaki i gdzie uchodzi część ludzkiej duszy) oraz Wyraj wężowy – Nawię (położoną pod ziemią, gdzie „bydlęcy bóg” siedzi na złotym tronie u stóp Drzewa Kosmicznego)

Dziad, dziadowie, dziady…

W licznych językach i gwarach słowiańskich istnieje przynajmniej kilkadziesiąt znaczeń i funkcji słowa dziad**. W najprostszym, bezpośrednim znaczeniu słowo to określa przodka. Druga najważniejsza definicja odnosi się do obrzędu jaki odprawia się w celu przyzywania dusz zmarłych i uzyskania łączności z zaświatami. Święto Przodków znane jest również pod nazwą pominki, przewody, zaduszki i radecznica.

** W polskim folklorze dziadem nazywano też m.in. opiekuńczego demona domowego, ostatni snop zboża zebrany w polu czy zwyczaj kolędowania tzw. dziady noworoczne i śmiguśne.

Obrzędy zaduszne odprawiano wedle tradycji słowiańskiej, w zależności od regionu nawet sześć razy w roku, jednak najważniejsze pozostają dziś dwa święta – Dziady wiosenne w okolicach 2 maja oraz jesienią – Noc Zaduszkowa z 31 X na 1 XI, po której następuje święto zmarłych około 2 XI. Daty świąt zależne są od faz księżyca – przypadają zwykle trzeciego dnia po nowiu. Dziadom Wiosennym patronuje Swarożyc, jako bóg niebiański, nad jesiennymi obchodami czuwa zaś Weles – pan świata podziemnego.

maxresdefault
Weles – pan świata podziemnego

Dotknąć nadprzyrodzonego

Istotą obrzędu Dziadów jest nawiązanie łączności z duchami przodków, aby zyskać ich przychylność i opiekę. Dusze powracające do świata doczesnego powinny być odpowiednio ugoszczone i potraktowane z należytym szacunkiem. Poprzez obcowanie ze zmarłymi można zyskać pomyślność i dostatek, jednocześnie, co niemniej ważne, działania żyjących mogą pomóc duszom bliskich w uzyskaniu spokoju w zaświatach.

Jak przytacza Aleksander Brückner:

W te dni panuje po wsiach uroczysty nastrój, rozmawiają o nieboszczykach, wszystko do nich odnoszą; siędzie np. ptaszek na oknie, toż dusza nieboszczyka, żądająca czegoś lub wzywająca za sobą.

A.Brückner, Mitologia słowiańska i polska, PWN, Warszawa 1985, s.55

Należy pamiętać, że obrzęd Dziadów dotyczy nie tylko zmarłych krewnych, ale wszystkich zmarłych, którzy żyli w przeszłości w danym miejscu. Na Białorusi wiązał się z tym pewien zwyczaj nakazujący zaprzestania odprawiania rytuałów zadusznych po przeprowadzce do nowego domu, aż do momentu, kiedy nie umrze w nim ktoś bliski. Jeśli gospodarstwo było wcześniej zamieszkane – uczty dla dziadów były urządzane zgodnie z tradycją, pamiętano jednak, że pojawić się na nich mogą dusze nieznane, związane z miejscem, nie zaś z daną rodziną. [P.Grochowski, Dziady. Rzecz o wędrownych żebrakach i ich pieśniach, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, 2009, s.20]

5880444

 

Święci dziadowie, chodźcie do nas wieczerzać!

Głównym elementem obrzędu Dziadów jest nakarmienie i napojenie przybywających na ziemię duchów. Wedle tradycji zmarły bowiem, pomimo braku cielesnej powłoki funkcjonuje w zaświatach w podobny sposób jak żyjący, odczuwa głód, pragnienie i wszelkie ziemskie potrzeby.

Ucztę przygotowuje się w domu, miejscu obrzędowym, magicznym jak uroczyska, święte gaje lub bezpośrednio w miejscach pochówku (ten też zwyczaj uważa się za najstarszy). Potrawy przygotowywane na obiatę (czyli ofiarę) to miód, kasza, kutia, chleb, sól, mleko, jajka oraz wódka. Podczas uczty pozostawia się lub upuszcza na ziemię, stół biesiadny czy tez grób kawałki potraw i wylewa napoje, aby zmarli mogli się posilić i ugasić pragnienie.

68950233_rbydr117Obcowanie z magią i zaświatami wymaga ostrożności, dlatego też rytuał przyzywania Przodków odprawiany jest w sposób szczególny. Istotnym rekwizytem w przywoływaniu duchów obok rytualnego ognia są instrumenty – wskazują one duszom drogę do miejsca świętowania. Żercy – guślarze używają też drewnianych rzeźbionych masek zwanych kraboszkami (karaboszkami), które symbolizują zmarłych przodków. Zasłanianie twarzy jest szczególnie ważne. Chroni to przed porwaniem w zaświaty przez nieprzychylne dusze i demony. Dlatego też pozostali uczestnicy podczas przywoływania duchów ustawiają się tyłem do Świętego Ognia. Należy również pamiętać o „odwołaniu”, odesłaniu przodków z powrotem w zaświaty po zakończonej biesiadzie.

Jak to drzewiej bywało

Na Białorusi podczas tzw. zmitrouskijch dziedów gospodarz otwierał drzwi chaty, po czym przywoływał duchy słowami:

Światyje dziedy prosim was,
Chadzicie, lecicie do nas,
Jeśli i pici szto Boh dau,
Szto ja dla was achwiarawau,
Czym tolki chata bahata,
Światyje dziedy prosim was,
Chadzicie, lecicie do nas.

Za: P.Grochowski, dz.cyt., s.28-29

Następnie siadano do uczty, dbano przy tym, by pozostało wystarczająco dużo miejsca
by dusze mogły usiąść i biesiadować wspólnie z domownikami. Pilnowano też, aby pierwsza czarka gorzałki przelała się na stół. Spożywano kanun – gotowany miód, w którym maczano pszenne bułeczki (Zwyczaj ten funkcjonował również na Polesiu), a także kwaśne zupy. Jedzono powoli, a po opróżnieniu misek łyżki kładziono na stole tak, by zmarli również mogli ich użyć. Po zakończonej uczcie gospodarz żegnał się z duchami wypowiadając zaklęcie zwane wyżen dziedou:

Światyje dziedy
Zletaliś siudy
Jeści – padjeli
Pić – napilisia,
Cześć i slawa wam!
Ciepier skażycie nam,
Czaho wam treba?
A lepiej:
Lecicie do nieba.
A kysz, a kysz, a kysz!

Za: P.Grochowski, dz.cyt., s.28-29

Świętowanie Dziadów wymagało od uczestników zachowania szczególnej ostrożności, nieodpowiednie bowiem działanie mogło odstraszyć lub znieważyć czy nawet skrzywdzić przybywającą z zaświatów duszę. Taka głodna czy urażona mogła wyrządzić szkody i przysporzyć kłopotów tym, którzy ja zaniedbali.

30

 

W okresie trwania święta pozostawiało się pokarmy na noc na stołach, niekiedy kładziono również słodycze i owoce na parapetach okiennych. Zabronione było głośne wstawanie od stołu, czy wylewanie wody po myciu przez okno by przechodzącego ducha nie zmoczyć. Okna i drzwi wejściowe pozostawiano otwarte, ażeby dusze mogły swobodnie odwiedzać swe dawne siedziby. Duchy mogły wędrować także przez komin, dlatego też nie wolno było palić w piecu – nieprzestrzeganie tego zakazu groziło pożarem. Zakazane było również szycie i tkanie po to, by duchy nie zaplątały się w nici i nie zostały uwiązane na tym świecie, a także takie czynności jak cięcie sieczki czy deptanie kapusty, aby dusza nie została skaleczona czy zgnieciona.

Oprócz strawy i napitku podczas Dziadów dbano, by dusze przodków mogły się ogrzać i oczyścić (np. w specjalnie przygotowanej saunie). Rozpalano ogień, tzw. gromadki na grobach oraz na rozstajach dróg, by zapewnić przodkom ciepło i ustrzec wędrujące dusze przed zabłądzeniem w ciemnościach. Ogniska wskazywały im drogę do domostw oraz z powrotem w zaświaty, chroniły również świat ludzi przed demonami (zbłąkanymi duszami topielców, samobójców, upiorami czy wąpierzami). Na Podhalu istniał zwyczaj, by w miejscach czyjejś gwałtownej śmierci przechodzień rzucał gałązkę. Uzbierany stos każdego roku palono.

W okresie dziadów wiosennych dużo częściej niż uczty domowe organizowane były huczne biesiady na grobach – charakter świętowania był o wiele bardziej radosny, dynamiczny i głośny. W okolicach Lwowa funkcjonował zwyczaj kuliszy – tzw. „tańców umarłych”, kiedy to dziewczęta i chłopcy bawili się razem i tańczyli w kole.

Gdy rok kołem się toczy

Pamięć o zmarłych w tradycji słowiańskiej nie była ograniczona jedynie dla świąt zadusznych. Symbolika związana z zaświatami oraz przenikaniem się sfer życia i śmierci obecna była również w innych zwyczajach praktykowanych w cyklu rocznym, z których wiele zostało przejętych później przez chrześcijaństwo. Do takich zwyczajów należało między innymi pozostawianie pustego miejsca przy stole podczas uczty w trakcie Szczodrych Godów czy spożywanie kutii. Ważnym symbolem pozostały również pisanki – zdobione jajka, które symbolizowały początek, nowe życie, odrodzenie. Także krakowskie święto Rękawki obchodzone na pamiątkę usypania kopca legendarnego władcy tego grodu nawiązywało do tradycji dziadów wiosennych.

png_base64b18acddf7e5b5be3

Obecność przodków dało się zauważyć i w codziennym życiu. Wierzono, że zmarli czuwają po śmierci nad swoimi domostwami i rodzinami, pojawiając się w obejściach pod postacią duchów opiekuńczych – domowników czy stopanów*** . Po żniwach składano w ofierze pożywienie przodkom jako podziękę za obfite plony. Ostatni snop zebranego zboża formowano na kształt ludzkiej postaci, zwano dziadem lub starym i pozostawiano na polu lub zakopywano w ziemi.

*** W Bułgarii istniał zwyczaj tzw. stopanowej gozby – gdy duch sprawiał kłopoty domownikom starano się go obłaskawić składając ofiarę z czarnej kury i ciasta.

Ze zwyczajem obcowania ze zmarłymi wiązała się też w kulturze słowiańskiej postać dziada – wędrownego żebraka, któremu przypisywano umiejętności porozumiewania się z zaświatami i traktowano często jak medium. Niekiedy dopatrywano się w nich nawet samych przodków, którzy mieli powrócić na ziemski padół w ludzkiej powłoce. Dlatego też osoby te traktowane były zawsze w szacunkiem i gościnnością, gdzie tylko się pojawiały i szczególnie w okresie Dziadów obdarowywano ich pożywieniem.

Tradycja żywa i kultywowana

W toku chrystianizacji ziem polskich wiele z pogańskich zwyczajów i praktyk próbowano na stałe wykorzenić, jednak silne przywiązanie do tradycji i symboli przetrwało w różnych formach obrzędowości. Ich echem jest obchodzone dziś przez Kościół katolicki święto Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny – 1 i 2 listopada, zwyczaj wspominania zmarłych i palenia zniczy na grobach. Współcześnie na terenach Białorusi, Ukrainy i Rosji, a także we wschodniej Polsce przynosi się pożywienie i napoje na groby bliskich, by cieszyć się ich obecnością. Symbolika związana z cyklami życia i śmierci, a także mocne poczucie tożsamości i łączności z przodkami trwają żywo w warstwie ludowych tradycji, zakorzenione głęboko w słowiańskiej mentalności.

10689745_303528203187370_6775442073881538533_n

 

Artykuł napisany przez S.A. dla SKKS Jawia

Źródło: http://jawia.pl/przenikanie-swiatow-ucztowanie-z-dziadami/

Bibliografia:
Książki:
Brückner A., Mitologia słowiańska i polska, PWN, Warszawa 1985,
Grochowski P., Dziady. Rzecz o wędrownych żebrakach i ich pieśniach, Wydawnictwo
Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, 2009,
Szyjewski A., Religia Słowian, Wydawnictwo WAM, Kraków 2003
Urbańczyk S., Dawni Słowianie. Wiara i kult, Wydawnictwo Polskiej Akademii Nauk,
Wrocław, 1991

Artykuły:
Gołdowski K., Dziady – Święto Przodków, 2015 [źródło]
Dziady – święto pamięci o przodkach, 2015 [źródło]

Reklamy

Potężni – ale poganie. O Słowianach w literaturze skandynawskiej

Dawni Skandynawowie doceniali urodę Słowianek, a Słowian mieli za potężnych, groźnych i walecznych wojowników, ale zarazem bezwzględnych pogan. O niejednoznacznym obrazie Słowian w skandynawskiej literaturze ze wczesnego średniowiecza mówi prof. Jakub Morawiec. Słowianie pojawiają się już w najstarszych skandynawskich tekstach, choć na dość małą skalę. Wiadomo, że uczestniczyli oni w walkach między władcami północy – stawali po jednej ze stron.

Z zapisów wynika, że łodzie ze słowiańskimi wojownikami brały udział w kilku bitwach pod koniec X. w., rozegranych między Norwegami i Duńczykami. Wygląda na to, że był to »słowiański kontyngent«” – opowiada PAP prof. Jakub Morawiec z Zakładu Historii Średniowiecznej Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.

Zdaniem naukowca wiele wskazuje na to, że ówcześni ludzie północy wysoce cenili waleczność Słowian na polu walki. W sagach lokalni królowie określani są często jako „zabijacze Słowian”, mimo że w tekstach tych nie ma bezpośredniego odniesienia do walk z tym ludem. „Zatem jest to epitet stosowany względem osób, które potrafią skutecznie i umiejętnie walczyć” – uważa prof. Morawiec.

Na próżno szukać w tekstach skandynawskich odnoszących się do okresu, w którym powstało państwo polskie, opisu ziemi słowiańskich.

Tak naprawdę skandynawskich autorów słowiańszczyzna nie interesowała. Utożsamiali ją tylko z jednym miejscem – Jomsborgiem, czyli dzisiejszym Wolinem” – opowiada historyk. Wśród naukowców trwają dyskusje na temat znaczenia Wolina w okresie wczesnego średniowiecza. Zdaniem części była to osada handlowa, stanowiąca tygiel kulturowy, gdzie dominującą grupę stanowili jednak Słowianie.

stara-mapa-z-potworami-morskimi

Natomiast jeśli chodzi o interior słowiańszczyzny – w tekstach skandynawskich z epoki brak jest informacji na temat jego władców czy miast. Dopiero w sagach dotyczących XIII w. padają w nich nazwy słowiańskie związane z wybrzeżem, np. Kamień Pomorski.

Czarny charakter Słowian opisywany był w sagach zwłaszcza w kontekście ich pogaństwa, mimo że Skandynawowie przyjęli chrześcijaństwo mniej więcej w tym samym czasie, gdy np. Piastowie, ale np. Obodryci (Słowianie połabscy) dopiero w XII w. Jednak Prof. Morawiec przypomina postać pierwszego świętego Skandynawii – św. Olafa. W jego hagiografii Słowianie zajmują ważną pozycje. Opisano na przykład postać Duńczyka, który dostał się do słowiańskiej niewoli. Ten zaczął się żarliwie modlić właśnie do św. Olafa. Wkrótce z jego pomocą udało mi się uwolnić się z niewoli.

To nie jedyny raz, kiedy św. Olaf pomógł Skandynawom w starciu ze Słowianami. Gdy w 1043 r. Obodryci walczyli na Jutlandii z Norwegami, sytuacja się powtórzyła. Król Magnus bardzo obawiał się starcia, jednak duch św. Olafa w ciągu nocy zmotywował go do walki. „Co więcej o poranku, w pierwszej linii wojów, można było dojrzeć św. Olafa” – dodaje naukowiec. W ten sposób Obodryci zostali pokonani.

Słowianie mieli jednak również dobrą prasę. Pod niebiosa wychwalano piękno, inteligencję i silny charakter córki słowiańskiego władcy Burysława – Astrydy” – podkreśla historyk. Do dzisiaj nie jest jasne, z jakim historycznym władcą należy łączyć Burysława. Prof. Morawiec sądzi, że jest to literacka kreacja inspirowana Mieszkiem I, Bolesławem Chrobrym, a zwłaszcza – Bolesławem Krzywoustym.

Wiemy tylko tyle – Burysław był potężnym królem o randze Attyli czy Teodoryka, z którym warto zawierać sojusze” – opowiada naukowiec. Dlatego siostra króla Svena, Tyra, została za niego wydana za mąż (co wynika z tekstów skandynawskich). Co ciekawe, związek ten ponoć był krótkotrwały i nieszczęśliwy. Kobieta skarżyła się, że Burysław jest starcem, a na dodatek poganinem.

W ostatnim czasie za sprawą książki „Harda” autorstwa Elżbiety Cherezińskiej spopularyzowana została postać Świętosławy, czyli domniemanej córki Mieszka I, która wysoko wspięła się w hierarchii politycznej średniowiecznej Skandynawii.

Warto zaznaczyć, że w źródłach skandynawskich Sygryda Storråda – bo takie nosi imię – pochodzi ze szlacheckiej skandynawskiej rodziny. Ale wiele wskazuje, że postać ta była inspirowana między innymi pamięcią o historycznej Świętosławie” – opowiada naukowiec, który podkreśla, że ta postać historyczna najprawdopodobniej nie miała tak na imię. Zapytany, dlaczego zatem prawdopodobnie błędnie odnotowano jej pochodzenie stwierdził, że przede wszystkim historię spisano kilkaset lat później – w XIII w. Ówcześni skrybowie nie znali tak szeroko źródeł z innych rejonów, stąd ich wiedza była mniejsza. Poza tym nie przywiązywano tak dużej wagi do faktografii.

MTAyNHg3Njg,28678181_28678001

Prof. Morawiec uważa, że Świętosława została wydana za króla Szwecji, po to aby przypieczętować sojusz Piastów ze Szwedami. W ten sposób Mieszko I uzyskał wpływy w strefie Bałtyku, dzięki czemu zaczął kontrolować handel zwłaszcza u ujścia Odry.

Szymon Zdziebłowski, PAP – Nauka w Polsce

Źródło: http://naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news,460060,potezni—ale-poganie-o-slowianach-w-literaturze-skandynawskiej.html

Edycja: 11.10.2017

Sobótka we wsi Mikułowice

(GMINA WOJCIECHOWICE W POWIECIE OPATOWSKIM).

Relacja: Szczęsny Jastrzębowski (1891)
Wisła, Miesięcznik Gieograficzno-Etnograficzny, TOM V, Rok 1891, Warszawa.
[w wersji cyfrowej starano się zachować pisownię oryginalną]

liniaszara.jpg

10_Dziewanna_Sobotka_iko.jpgPośród wielu współczesnych tekstów i materiałów odnoszących się do święta Sobótki (zwanego w Polsce także Wiankami, Palinocką, Kopernocką, Jarnocką, Małą Nocel, Wielkim Wschodem i Nocą Świętojańską) mało jest takich, które przekazywałyby całościowy przebieg obrzędu jaki przy tej okazji tradycyjnie wykonywano.

Przedstawiamy relację etnograficzną z obrzędu Sobotki autorstwa Szczęsnego Jastrzębowskiego z roku 1891. Poniższą obserwację przeprowadzono na terenie powiatu opatowskiego, a która drukiem ukazała się już ponad 120 lat temu w piśmie geograficzno-etnograficznym „Wisła”. Tekstem tym otwieramy mini serię artykułów jakie będą ukazywać się corocznie przy okazji święta Sobótki.

Podczas lektury niniejszej relacji warto uwzględnić aktualny stan wiedzy odnośnie symboliki obrzędów ludowych i pieśni jakie im towarzyszą – obecnie szereg tak uznanych badaczy jak Radoslav Katičić czy Jolanta Krzysztoforska-Doschek przekonująco wskazują na ślady rodzimych mitów jakie ukrywać się mogą w ludowych pieśniach obrzędowych. Widać dla przykładu w obrzędowych postaciach Marysi i Jasia echa dawnych bogów – bogini Marzanny i boga Jarowita czy też ludowego Zielonego Jerzego, a na gruncie polskim możliwe, że i boga Jasza (zob. cykl „Jaś odnaleziony„) obficie wzmiankowanego w staropolskich źródłach synodalnych XV wieku. (KP)

Czytaj dalej

Ostatni poganie Europy. W tej krainie wyznawcy tradycyjnych kultów przetrwali tysiąclecia, aż do dzisiaj

Źródło artykułu: ciekawostkihistoryczne.pl

Rodzimowierstwo przeżywa bezprecedensowy renesans. Niewiele jest jednak miejsc, w których wiara przodków przetrwała. A nie tylko – została po czasie, w wątpliwy zresztą sposób, zrekonstruowana. Zdaniem wielu specjalistów ta społeczność to ostatni taki przykład.

Mari_Native_Faith_symbol-340x340.jpgO mieszkańcach Mari El, małej autonomicznej republiki na wschodnim krańcu europejskiej części Federacji Rosyjskiej, mówi się, że są ostatnimi autentycznymi poganami w Europie. Według ankiety przeprowadzonej w 2012 roku do wyznawania rodzimej religii przyznaje się 6% ludności krainy. Procent może niezbyt imponujący – ale imponuje na pewno to, że wierzenia Maryjczyków, zwanych dawniej także Czeremisami, pozostały od tysiącleci praktycznie nienaruszone. Miejscowi wciąż modlą się w świętych gajach, wzywają na pomoc Kugu Jumo – Wielkiego Boga i składają jemu i innym bóstwom ofiary ze zwierząt, produktów zbożowych, a także miodu, piwa i wódki.

Biorę do ręki miseczkę z rozgotowanym jęczmieniem. Wsuwam palcami do ust miękką, ciepłą od spodu maź i jem. W myślach wypowiadam źródlane słowa, słowa dziękczynne, ogólną modlitwę. Najpierw modlę się do Osz Kugu Jumo, potem do Ketše Avy, Matki Słońce, następnie do Tlze Avy, Matki Księżyc, Vyd Avy, Matki Wody, nosicieli słów i do wszystkich ziemskich białych bogów, których pamiętam.
Jednocześnie powoli rozgniatam bezzębnymi dziąsłami grudki rozgotowanego jęczmienia. Ważne, aby zjeść wszystko, co się przyniosło. Niczego nie wolno zostawić, aby nikt się nie dowiedział, kto przyniósł dary.
Modlitwa Elny ze wsi Ławra opublikowana w książce Ćma, Katja Kettu

Mari_karts.jpg
Wierzenia Maryjczyków oparły się wpływom tak chrześcijaństwa, jak i komunizmu. Na zdjęciu maryjscy kapłani około 1930 roku (źródło: domena publiczna).

Pięćset lat w ukryciu

Jakim cudem Maryjczycy oparli się chrystianizacji, która objęła przecież całą Europę? Częściowo, jak podkreśla badający ich historię profesor Ksenofont Sanukov, zawdzięczają to relatywnemu odosobnieniu Mari El. Ale dla tego niewielkiego narodu wiara stała się też jednym z głównych symboli własnej tożsamości. Opór przeciw chrześcijaństwu był jednocześnie oporem przeciw rosyjskiemu zwierzchnictwu, które Czeremisi, wcześniej praktycznie niezależni (choć płacili trybut Tatarom), musieli uznać już w połowie XVI wieku.

Trzeba zresztą przyznać, że akcja chrystianizacyjna, prowadzona przez Rosjan, nigdy nie była szczególnie intensywna. Rodzima wiara w Mari El nie była tępiona ogniem i mieczem, jak na ziemiach Prusów, gdzie krucjatom przeciwko poganom towarzyszyły jeszcze na dodatek akcje kolonizacyjne i przesiedleńcze. Rosjanie przekonywali do przyjęcia chrztu raczej za pomocą… ulg podatkowych.

Prawo chrześcijan do niepłacenia podatków powodowało konwersje „taktyczne”. I pozorne, nawet jeśli pod koniec XIX wieku do Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego należało już prawie trzy czwarte Maryjczyków. Odbębniali oni po prostu cotygodniową mszę, a modlić się „naprawdę” chodzili nadal do lasów.  Jeśli przestaniemy chodzić do lasów, cały lud zginie – mówili.

Ze swojej strony wysiłki, by nawrócić upartych mieszkańców nadwołżańskiej republiki, podejmowało także prawosławne duchowieństwo. Odmawiano modlitwy na sposób pogański. Próbowano też identyfikować chrześcijańskie postacie z maryjskimi bożkami i siłami nadprzyrodzonymi. Wszystko na nic.

Tak Czeremisi przechowali się do wieku XX. To on przyniósł małemu narodowi największe straty kulturalne. W latach 30. bolszewicy zlikwidowali praktycznie całe pokolenie maryjskiej inteligencji. Był to dla narodowej tożsamości i kultury ogromny cios. Podtrzymywana przez lud religia także zresztą ucierpiała. Podczas wielkiej wojny ojczyźnianej Rosjanie wycięli na opał dęby i jarzębiny w nowym, należącym do wsi gaju ofiarnym – relacjonuje Elna.
Wyznawcy Kugu Jumo postąpili więc, jak wszyscy pozostali wierzący, zwalczani na równi przez komunistów. Zeszli do podziemia i czekali na lepsze czasy. Powrócili, gdy tylko za rządów Gorbaczowa prześladowania ustały.

Вид_с_дороги._Сзади_река_Малая_Кокшага-600x450.jpg
Maryjscy rodzimowiercy modlą się głównie wśród drzew, w świętych gajach. Na zdjęciu las dębowy niedaleko stolicy republiki, Joszkar-Oły (zdj. Badanovalexandr, lic. CC BY-SA 4.0).

Starzy i nowi poganie

Co jednak najbardziej zaskakujące, lata 90. przyniosły nie tylko odrodzenie rodzimej religii Mari El, lecz także… rozkwit wierzeń pogańskich tak na Starym Kontynencie, jak i w Ameryce Północnej. Maryjczycy może są jedynymi, u których rodzima wiara zachowała ciągłość od stuleci. Ale na pewno nie są w Europie odosobnieni.

Badacz współczesnych pogan, Michael F. Strmiska, podaje, że w 2001 roku ilość wyznawców religii Wicca, druidów i pogan w samych Stanach Zjednoczonych szacowano na ponad 300 tysięcy.  Pogaństwo jest tam uznawane za jedną z najszybciej rosnących w siłę religii. Dla Europy podobnych statystyk póki co brakuje, ale nie ma wątpliwości, że przedstawiciele poszczególnych grup są coraz bardziej widoczni.

Niektórzy neopoganie opierają się na nurtach uniwersalistycznych. Są to na przykład sięgający do najróżniejszych starożytnych inspiracji wiccanie, poganie wskrzeszający czarownictwo, druidzi czy szamani. Inni natomiast możliwie wiernie rekonstruują wierzenia przedchrześcijańskie z terenów, które zamieszkują.

Do nich należą także polscy rodzimowiercy, tu i ówdzie pojawiający się już od czasów romantyzmu, ale swój rozkwit przeżywający mniej więcej od lat 90. XX wieku. Niezależnie jednak od tego, czy są zorientowani lokalnie, czy globalnie, wszyscy podkreślają swoje zakorzenienie w tradycji i kulturowym dziedzictwie. Tak piszą o sobie na przykład członkowie Międzynarodowej Federacji Pogańskiej:

Pogaństwo to duchowość, która sięga korzeniami starożytnych religii natury z całego świata. Zasadniczo zakorzenione jest w starych religiach europejskich, chociaż niektórzy wyznawcy cenią też rdzenne wierzenia innych krajów. Podobną wiarę w świętość wszystkich rzeczy można znaleźć na całym świecie.

Poganie uważają ją za swoje dziedzictwo, zachowując wierzenia i wartości swoich przodków w formie dostosowanej do wymogów współczesnego życia. Celebrują świętość przyrody, czcząc boskość we wszystkim; wielkiego, niepoznawalnego ducha przenikającego wszechświat, ten widzialny i ten niewidzialny.

1280px-Hellen_ritual_2-600x450.jpg
W ostatnich dekadach odradza się zainteresowanie wierzeniami przedchrześcijańskimi. Odżyła też… religia starożytnej Grecji. Na zdjęciu jeden z helleńskich rytuałów, rok 2007 (zdj. YSEE, lic. CC BY 2.0).

Maryjczycy w centrum uwagi

Nic dziwnego, że na tle tego pogańskiego odrodzenia o „autentycznych” poganach, czyli Maryjczykach, stało się szczególnie głośno. Dowodem wzmożonego zainteresowania zapomnianym dotąd narodem jest między innymi film „Niebiańskie żony Łąkowych Maryjczyków” w reżyserii Alexeya Fedorchenki. Komediodramat rosyjskiego twórcy został nawet w 2013 roku nagrodzony Grand Prix na wrocławskim festiwalu Nowe Horyzonty.

Galina Shkalina, badaczka mentalności i światopoglądu maryjskiego, zauważa, że pojawia się przy tym tendencja do idealizacji wierzeń Czeremisów. Religię, tak jak i ich sposób życia, przedstawia się nie tylko jako „prawdziwe” i „oryginalne”, ale także jako pokojowe, bezkonfliktowe i zgodne z naturą. Tymczasem prawda jest taka, że także rodzime wierzenia Mari El w ciągu setek lat ewoluowały. Obecne ożywienie oznacza zaś nie tylko kontynuację tego, co było. Mieszczą się w nim także maryjscy artyści, którzy rozwijają tak zwany „etnofuturyzm”.

Skąd ten nacisk na autentyczność? Odrodzenie wierzeń pogańskich, a wraz z nim zainteresowanie nieco ponad półmilionową grupą Maryjczyków, to jedna z prób znalezienia przez Europejczyków własnej tożsamości w świecie, w którym dotychczasowe pewniki zaczynają się chwiać.

Neopoganie, niezależnie od tego, czy sięgają po tradycje kosmopolityczne, czy nacjonalistyczne, szukają swoich korzeni. Jest to dla nich, jak wyjaśnia antropolożka Kathryn Rountree, część projektu tożsamościowego i wyrażania wartości, część tworzenia dla siebie pozytywnej, dającej siłę tożsamości w świecie takim, jak go rozumieją i doświadczają.

Europejczyków, pochłoniętych wynajdywaniem dla siebie coraz to nowych tradycji, mieszkańcy Mari El najbardziej fascynują z jednego powodu. Maryjczycy niczego wynajdywać nie muszą.

 

kugu-jumo.jpg
Pewne elementy wierzeń maryjskich pozostają niezmienne od tysiącleci. Ilustracja przedstawia współczesne wyobrażenie najwyższego boga mitologii Czeremisów, Kugu Jumo, z maryjskim mężczyzną (rys. Нуриев Рустам, źródło: domena publiczna).

Bibliografia:

  1. Katja Kettu, Ćma, Świat Książki 2017.
  2. Międzynarodowa Federacja Pogańska, Czym jest pogaństwo?, PaganFederation.org.]
  3. Wojciech Górecki, Dzieci Boga Kugu Jumo, „Tygiel Kultury” nr 7-9 (67-69) 2001.
  4. Thomas A. Sebeok, Frances J. Ingemann, Studies in Cheremis: The Supernatural, Wenner-Gren Foundation for Anthropological Research Inc. 1956.
  5. Ksenofont Sanukov, Stalinist Terror in the Mari Republic: The Attack on ‚Finno-Ugrian Bourgeois Nationalism’, „The Slavonic and East European Review”, t. 74, nr 4 (1996).
  6. Marceli Kosman, Zmierzch Perkuna, czyli ostatni poganie nad Bałtykiem, Książka i Wiedza 1981.
  7. Handbook of Contemporary Paganism, ed. Murphy Pizza, James R. Lewis, Brill 2009.
  8. Cosmopolitanism, Nationalism and Modern Paganism, ed. Kathryn Rountree, Palgrave Macmillan 2017.
  9. Modern Paganism in World Cultures. Comparative Perspectives, ed. Michael F. Strmiska, ABC Clio 2005.
  10. Johanna Laakso, Review: Mari und Mordwinen im heutigen Russland: Sprache, Kultur, Identität, „Anthropological Linguistics”, t. 49, nr 2 (2007).

Źródło artykułu: ciekawostkihistoryczne.pl

Autor: 24.03.2017 | Autor:

Strachy – materiały etnograficzne Józefa Ciochonia 1870 roku – cz. 1

W numerze 1/2014 Kuriera Borzęckiego, można było natrafić na materiały etnograficzne Józefa Ciochonia. Jako że dostęp do takich materiałów jest utrudniony dla wielu osób, a z pewnością chcieliby poczytać co ów etnolog napisał, to my przedstawimy cały artykuł i zachęcam do przekazania dalej co piszczy na wioskach w tej okolicy. Artykuł w gazecie został zredagowany przez Lucjana Kołodziejskiego, co dalej posługuje się w dopiskach inicjałami L.K.

Materiały zachowane dzięki Dragomirowi z Warysia (k. Borzęcina), a sam Borzęcin to miejscowość niedaleko od Tarnowa, my publikujemy cykl w kilku artykułach, które będą kontynuacją poniższego tekstu.

borzecin

Podczas kwerendy w Archiwum Rękopisów Muzeum Etnograficznego im. Seweryna Udzieli w Krakowie odnalazłem teczkę zawierającą „Materiały etnograficzne z Borzęcina pow. Brzesko”. Teczka zawiera 11 zapisanych dwustronnie kart o formacie zbliżonym do A4. Autor nie stosował numeracji stron. Z treści zapisów wynika, że pierwotnie było ich więcej. Zostały one spisane w 1870 r. przez Jana Ciochonia (3 IX 1849 – ?), ucznia VIII klasy gimnazjum w Tarnowie. Zapisy sporządzone zostały dla ks. dra Eugeniusza Janoty (1823-1878). Jest to najstarsze źródło pisane dotyczące borzęcińskich obyczajów (wesel, chrztów i obrzędów pogrzebowych), świata nadzmysłowego (rzucanie uroków, wiara w czarownice, duchy, strachy, płanetników), sposobów leczenia, a także podań związanych z przysiółkiem Czarnawa. Autor opisuje też ubiór borzęcińskich kobiet i mężczyzn, a nawet sposób odżywiania się. Wytłuszczenia i podkreślenia oraz pisownia zgodna z oryginałem. Wstępem do zapisek jest list.

Tarnów, dnia 16 XII 1870 r.

Wielmożny Ks. Doktorze

Nie będąc na wakacjach w swojej wsi [Borzęcinie – przyp. L.K.], nie byłem wstanie opisać wiele ciekawych szczegółów, zwłaszcza takich, które się tyczą wesela. Zrobiłem wiele usterek co do języka, bo mi nie pozostawało wiele czasu do pisania, i widziałem się zmuszonym bez namysłu od razu na czysto pisać, co pierwej na myśl przyszło. Dlatego nie zachowywałem należytego porządku w pisaniu, z obawy, bym tego szczegółu, którym sobie przypomniał, nie pominął, odkładając go na później Niektóre wyrażenia nie grzeszą estetycznością, ale za to wyrażają rzecz dobitnie i jasno. Racz przyjąć Wielmożny Ks. Doktor tę moją lichą pracę, jeżeli Mu to do wydania nader znakomitego dzieła choć cokolwiek przyczynić się może.

W uczuciu wysokiego szacunku, sławy i poważania jakiego W-ny Ks. Doktor doznaje mam zaszczyt zostać Jego sługą.

 Józef Ciochoń VIII g. kl.

lk_etnografia_1
Podpis autora listu

STRACHY

  1. Najzwyczajniejszym strachem u nas jak i w każdej okolicy jest zmora. Przychodzi ona do mocno śpiącego człowieka w postaci człowieka, kładzie się na nim i przyciska tak mocno, że ów nieszczęśliwy nie jest w stanie oddychać. Jeżeli jest dosyć silny, to szamocąc się może ją zrzucić z siebie, jeżeli zaś nie, wtedy zmora ssie tyle krwi z człowieka ile się jej podoba, a nasyciwszy się odchodzi. Jeżeli się ją złapi, trzeba bić jak najwięcej, a potem puścić. Można być pewnym, że po tak mocnem sparzeniu się nigdy nie zechce powrócić.
  2. Wiara w duchy chodzące po śmierci jest bardzo powszechna. Duch objawia się w koszuli białej osobom mniej więcej znajomym. Zwykle przy pojawieniu się rośnie do niezmiernej wielkości i umniejsza się, zmienia się w inną postać, jak na przykład w białą myszkę lub gołębia. Djabeł zwyczajnie pojawia się w postaci Niemca w czarnym fraku, w wysokim czarnym kapeluszu z końskimi nogami. Opowiadają, że raz diabeł konkurował do jednej mężatki, której się bardzo podobał. Gdy raz w nocy w nieobecność męża przyszedł do niej, wpuściła go do łoża, chcąc użyć rozkoszy z kochankiem. Lecz kiedy podczas miłosnego obcowania poczuła sierść na jego nogach i namacała końskie kopyta, przelękniona przeżegnała się, a djabeł jak oparzony uciekł i nie pokazał się więcej. Djabła można uchwycić na pasek św. Franciszka i trzymać go tak długo, dopóki się podoba. Jeżeli się diabła trzymanego na pasku św. Franciszka bije innym poświęconym pasem, można od niego uzyskać wszelkie dobra, które mu się tylko zaproponuje np. pieniędzy, ubiorów itd. Jeżeli się diabła schwytanego morduje do zabicia, rozleje się w maź. Dlatego djabeł ma wielką rewerencyę [red. SiS, ma wielki szacunek, bądź respekt] do człowieka, który ma na sobie pasek św. Franciszka.
  3.  Jest to rzecz bardzo dziwna, której sobie wytłumaczyć nie umiem. Znam w mojej wsi człowieka nazwiskiem „Habura, który mi tyle naraz nabajał o strachach swoich, że temu nawet wierzyć trudno. Habura jest to człowiek pobożny, zasłonięty od napaści czartowskich kalwaryjskim szkaplerzem, koronką, różańcem na szyi, paskiem św. Franciszka. Patrząc się na jego pokorną i pobożną twarz i widząc jego minę uroczystą w opowiadaniu swych przygód wnosić by można, że on nie skłamał nigdy.Przed 20 laty stały przy kościele w Borzęcinie szkoła, w której w zimie nieboszczyk kościelny Rogoziński uczył dzieci czytać, a w lecie stała próżno. W drugiej stronie budynku mieszkał z żoną Habura. W tej szkole strachy wyrabiały prawie każdej nocy swoje manewry czartowskie.
    Julian Fałat, ModlacySieCzlowiek
    Julian Fałat, Modlący się starzec, 1881 r.


    Jego opowiadanie jest następujące: [przyp. red. SiS – uwaga pisownia oryginalna]
    Każdej nocy skorośmy się położyli do łóżka, zaczęło na górze z początku stąpać lekko, wchodziło później między taski (beczki) i zaczęło je tocać po powale. Później brało te taski i drewno, co tam były i zaczęło tak okropnie w powałę bić, tłuc że wszystko lepienie do odrobiny odlatywało. Na taki śturm zrywałem się na równe nogi i zapalałem świeckę, bom ją miał zawdy 
    na noc gotową i patrzałem, cy się tam już cała szkoła nie zawaliła. Ale wtedy ucichało wszystko. Obejrzałem ściany, ale lepienie było nie tknięte, gasiułem potem i kładłem się do łóżka.

    Az tu niedługo hrrrr… po całej powale, stanęło na powale nad moją głową i palnęło niezmiernie kijem w powałę, ze aż okna zabrzęcały. Ja byłem do tych zbytków stracha przyzwyczajony, tom sobie ta nie dużo z tego robił, jenom [jeno – zamiast tylko – w tem znaczeniu mówią także – jacy] się wzdrygał i rzekłem: tłuc się ta licho, wytłuces sie i przestanies. Górę (strych) zamykałem na kłódkę, to sobie samo odemknęło; ślazło, wesło do szkoły i ramotało ławkami. Abo (albo) się przechodziło po sieni – stup – stup – stup stup i przechodziło do schodów nazad, wylazło do góry i zatrzasło za sobą. Raz zaczęło się okropnie tłuc i walić mi komin Ja sobie pomyślałem, mocny z Boze. już baba nie bedzie mogła w doma i śniadania ugotować. Wstaję rano ide na górę, a tu komin caluteńki.

    Przyjechał tu raz ksiądz luterski do słuchania spowiedzi zołnierzów, bo stało wtenczas wojsko niemieckie i zakwaterował się na noc do szkoły, bo była próżna. Miał tam już gotowe łóżko, pościel se przywiózł i kazoł moi babie łóżko usłać. Ja mu powiadam, proszę jegomościa, tu w nocy strasy. A on mi rzekł: „e nie pleć, kto kiedy widział jakie strachy. Ja mu ta na to nic nie rzek, jacym se pomyślał, bedzies ta tu widzioł, sam się przekonas i uźrys i usłysys. Ksiądz zgasiuł świece i śpi. Niezadługo coś surrr ławkami. Ksiądz zapala świece, ni ma nic. Zgasił, śpi; znowu sur ławkami. Ksiądz mysloł, ze to kot się zakrodł i szeleści, ale znowu na nowo zaczęto przesuwać ławki. Ksiądz zapala świece. znowu ni ma nic. Zaklon po niemiecku, zgasił i spi. Nie wysło ani pól godziny, a tu hrrr …ławkami. Jak chwyciło ławkę, jak ją posunie do księdza i jak nie palnie w jego łózko. Ksiądz ze strachu zapomniał świecy zapalić, w gaciach wypadł z łóżka i po ciemku przysed do mnie. Ja zapalił światło i posłałem po stróża nocnego kościelnego, bo mi kazał, kazał stróżowi i mnie spać przy sobie na ziemi i tak docekaliśmy rana. Rano, kiedy ksiądz wstał, powiadam mu: widzi jegomość, że ja prawdę mówił. Na drugą noc juz nie chcioł nocować, jeno się wyniósł na plebaniją.

    I mnie się wreszcie sprzykrzyły te nocne napaście, wystawiłem sobie te chałupinę, co w ni mieszkam, a szkoła się niezadługo razem ze strachami spaliła.

    Włodzimierz Tetmajer, Strachy
    Włodzimierz Tetmajer, Gorący dzień (Strachy)
  4. Jeden chłop „Bąk szedł do domu w nocy z karczmy. Po drodze śpiewał sobie zwyczajnie jak pijaki. Ale nie za długo usłyszał za sobą chód. Ogląda się za siebie i widzi coś białego. Strach go zdjął, włosy mu stanęły na głowie, umilkł i cicho posuwa się do naprzód. Z ciekawości oglądał się kilka razy i za każdym razem to białe rosło i zbliżało się ku niemu. Przelękniony chłop krzyknął „wszelki duch Pana Boga chwali”. To białe nic się nie odezwało, tylko zaczęło stawać się cieńszem, nareszcie zcieńczało tak dalece jak nitka i znikło.

_______________

Kolejny artykuł cyklu będzie o podaniach ludowych.

Wcielenia królowej Wandy

Wanda - Deotyma
Na blogu.polona.pl pojawił się artykuł o Wandzie, legendarnej królowej, dlatego też robimy przedruk na naszej stronie. Acz warto wspomnieć że autor zapomniał (lub nie doszukał się) zasięgnąć do autorki Jadwigi Łuszczewskiej piszącą pod pseudonimem Deotyma,  i jej dramacie „Wanda” z cyklu Pieśni Polskie w której to opowiada o losach nieszczęsnej Wandy.

______________________

Choć to Wincenty Kadłubek na początku XIII w. jako pierwszy wprowadza Wandę na karty polskiej historiografii, dopiero późniejsi autorzy doprowadzili jej legendę do znanego powszechnie kształtu: opowieści o bajecznej słowiańskiej władczyni, która na czele wojsk przegania niemieckiego adoratora, a później dramatycznie kończy w wiślanych odmętach.

wanda1-552x754
Późnobarokowy imaginacyjny portret królowej Wandy jako polskiej władczyni z VIII wieku.

Rządy królowej Wandy były według Kroniki polskiej Kadłubka pełne rozwagi i dobrobytu. Monarchini kontynuowała politykę swojego ojca, znanego z roztropności Kraka. Było wprawdzie o krok od nieszczęścia, bo za panowania Kraka poddanym dawał się we znaki żarłoczny potwór – sławny wawelski smok. Poczwarę zgładzili synowie władcy, ale młodszy z nich nie chciał później podzielić się władzą z bratem i zabił go potajemnie. Gdy bratobójczy grzech wyszedł na jaw, utracił koronę i został skazany na banicję.

24625857-29-552x262
Późnobarokowy imaginacyjny portret królowej Wandy jako polskiej władczyni z VIII wieku.

Tam, gdzie zgładzono smoka, powstało miasto nazwane od imienia władcy „Grakchovia”. Kronikarz dodaje, że „niektórzy nazywali je Krakowem od krakania kruków, które zleciały się tam do ścierwa potwora” (przeł. B. Kürbis). Senat, możni i lud czuli ogromny sentyment do rządów Kraka, uznali zatem jego jedyną córkę Wandę za prawowitą następczynię i obrali ją swoją królową.

24625857-30-552x212
Późnobarokowy imaginacyjny portret królowej Wandy jako polskiej władczyni z VIII wieku.

Tantus autem amor principis senatu proceres, vulgus omne devinxerat, ut unicam eius virgunculam, cuius nomen Vanda, patris imperio surrogarent – „Tak wielka zaś miłość do zmarłego władcy ogarnęła senat, możnych i cały lud, że jedynej jego dzieweczce, której na imię było Wanda, powierzyli rządy po ojcu” (przeł. B. Kürbis).

Nową władczynię wyróżniała nie tylko roztropność, ale i niesłychany wdzięk oraz piękna postać, a „najokrutniejsi spośród wrogów łagodnieli na jej widok” (przeł. B. Kürbis). Gdy pewien alemański książę, bynajmniej nie w celach matrymonialnych, ruszył na jej ziemie ze swoimi wojskami, monarchini nie zlękła się i zdecydowała bronić młodego państwa. Gdy stanęła naprzeciw nieprzyjacielskich wojsk, dziwny blask onieśmielił srogich najeźdźców. Ci w niejakiej konsternacji odrzucili broń, nie chcąc walczyć z tym świetlistym bóstwem. Wódz ich, jak mówi Kadłubek „tknięty udręką miłości czy oburzenia”, rzucił się w gniewie na miecz i tak zakończył swój żywot. Był jednak zapobiegliwy, bo zanim popełnił samobójstwo, rzucił klątwę na lud Wandy, każąc mu się starzeć pod niewieścimi rządami na wieki.

361781-47-552x622
Późnobarokowy imaginacyjny portret królowej Wandy jako polskiej władczyni z VIII wieku.

Może to klątwa nie pozwoliła mieć Wandzie dziedziców, a może już wcześniej królowa przedkładała dziewictwo nad małżeństwo – kronikarz tego nie precyzuje. Zmarła bezpotomnie osierociwszy swoje państwo, które na długi czas pogrążyło się w chaosie bezkrólewia. Według mistrza Wincentego od imienia Wandy wzięła się nazwa rzeki Wandal, a poddany jej lud określono zaś mianem Wandalów. To stwierdzenie Kadłubka miało niebagatelną wartość, bo pozwoliło umocować tworzone przezeń legendarne dzieje państwa i narodu w rzeczywistości opisywanej przez starożytnych autorów, a zatem łączyć „rodzime” historie z korpusem tekstów antycznych, skąd pochodziła większość ówczesnej wiedzy.

Nie wiadomo, czy przypisać historię Wandy inwencji Kadłubka, czy też jego erudycji – niewątpliwie jednak krakowska heroina będzie po wielokroć wracać na karty dziejopisarstwa. Prapolską królową spotykamy znowu w anonimowej Kronice wielkopolskiej. Dowiadujemy się rzeczy nowych: słowo „Wanda” ma być odpowiednikiem łacińskiego hamus, oznaczającego wędkę. Tak rozumiane imię nabiera nowego znaczenia – niezwykły powab władczyni działa niczym wędka na wszystkich dokoła. Nic więc dziwnego, że alemańskiemu najeźdźcy autor Kroniki wielkopolskiej (koniec XIII w.) dopisuje nową motywację do ataku na państwo Wandy: królowa konsekwentnie odrzucała zaloty, czym doprowadziła zakochanego desperata do zbrojnego natarcia. W tej wersji legendy Wanda nieco straciła blask, bo broniła się bardziej namacalnym argumentem siłowym w postaci odważnych zastępów. I znowu alemański władca, targany już to miłością, już to oburzeniem, przeklął lud Wandy tymi samymi co u Kadłubka słowy, po czym rzucił się na ostrze miecza. Wanda odniosła zwycięstwo, ale za swój sukces musiała zapłacić bogom najwyższą cenę i rzucić się w nurt rzeki. W tym przekazie znajdujemy więcej logiki w etymologicznym dowodzie – od Wandy wzięła swoją nazwę rzeka Wandalus, czyli Wisła, bo królowa utonęła w jej wodach; takiego powiązania próżno szukać w przekazie Kadłubka.

9908500-34-552x685
Późnobarokowy imaginacyjny portret królowej Wandy jako polskiej władczyni z VIII wieku.

Podobną redakcję tej opowieści daje również Jan Długosz w swoich Rocznikach (druga połowa XV w.). Niemiecki adorator zyskuje też u krakowskiego dziejopisa imię i staje się księciem Rytygierem. Odmowa Wandy nabiera z kolei honorowego wymiaru: jakże mogłaby bowiem przyjąć awanse władcy kraju, który tak często napadał na jej królestwo? Za Kadłubkiem przyjmuje jednak Długosz, że przyczyną poddania się alemańskich oddziałów była nie liczebność wojsk królowej, a niezwykła piękność jej oblicza. Wanda zauroczyła więc swojego wroga w sposób bez mała magiczny – nie miecz, a jej urok, niczym dar od samej Wenery, pokonał najeźdźcę. Podobnie jak w Kronice wielkopolskiej Wanda płaci jednak za swoje zwycięstwo życiem, oddając się bogom w ofierze i ginąc w wiślanej toni.

W wiek szesnasty redakcję Długosza, kompilującą dwie wcześniejsze, przeniósł Maciej Miechowita, który przyczynił się mocno swoją Kroniką polską (1519) do ugruntowania legendy o sarmackim pochodzeniu Polaków. Ze zbliżonego źródła najpewniej korzystał też Bartłomiej Paprocki w Gnieździe cnoty (1578), dokonując zgrzebnego opisu dziejów polskich za pomocą krótkich wierszowanych form. Jeden utwór poświęca także Wandzie:

Wydawca wykorzystał zresztą do zilustrowania dzieła Paprockiego te same ryciny, które towarzyszyły wcześniej jednemu z wydań dzieła Miechowity.

Jeszcze inne wcielenia Wandy przynosi wiek dziewiętnasty. Legendarna królowa i jej dramatyczny los doskonale pasował do romantyczno-sentymentalnej wizji średniowiecza. W 1807 roku wystawiono w Warszawie anonimową tragedię w pięciu aktach pt. Wanda. Sztuka zyskała ogromne powodzenie, chwalił je nawet Ludwik Osiński, tuz ówczesnego środowiska teatralnego. Tekstu nie wydano jednak drukiem przez długi jeszcze czas – być może nie chciała tego sama autorka, którą okazała się Tekla Łubieńska. Dramatopisarka, zgodnie z obowiązującym wówczas smakiem, uczyniła postać Wandy jeszcze bardziej tragiczną – bohaterka odrzuca awanse Rytygiera (czynione i przez posłów, i zbrojnie), bo obawia się, by poślubienie Niemca – choć tak dzielnego i mądrego – nie stało się zagrożeniem dla polskiego umiłowania wolności. Po zwycięstwie nad wrogimi oddziałami – zgodnie z brzmieniem legendy – zabija się w dziękczynnej ofierze. Wyznaje jednak przy tym, że odwzajemnia namiętne uczucie, które kazało niemieckiemu księciu nacierać na krakowskie ziemie. Tak Wanda Łubieńskiej stała się ucieleśnieniem chętnie eksploatowanego przez romantyków konfliktu między obywatelską powinnością a osobistym afektem.

6029729-73-552x303
Późnobarokowy imaginacyjny portret królowej Wandy jako polskiej władczyni z VIII wieku.

O ile Wanda jedynie dowodziła swoimi oddziałami (co jest już, prawdę mówiąc, niemałym dowodem śmiałości średniowiecznej niewiasty), o tyle jej literacka krewna, czyli Grażyna z poematu Adama Mickiewicza (1823), nie tylko podjęła się roli dowódczej, ale i sama chwyciła za broń. Pod nieobecność swego książęcego małżonka Litawora, a w obliczu krzyżackiego natarcia, Grażyna wdziała zbroję – co było jej na rękę, bo uniemożliwiło rozpoznanie jej postaci – i w polu bitwy siekła szablą jak najmężniejszy rycerz, poniósłszy równie rycerską śmierć.

O ile Wanda jedynie dowodziła swoimi oddziałami (co jest już, prawdę mówiąc, niemałym dowodem śmiałości średniowiecznej niewiasty), o tyle jej literacka krewna, czyli Grażyna z poematu Adama Mickiewicza (1823), nie tylko podjęła się roli dowódczej, ale i sama chwyciła za broń. Pod nieobecność swego książęcego małżonka Litawora, a w obliczu krzyżackiego natarcia, Grażyna wdziała zbroję – co było jej na rękę, bo uniemożliwiło rozpoznanie jej postaci – i w polu bitwy siekła szablą jak najmężniejszy rycerz, poniósłszy równie rycerską śmierć.

59453374-279-552x560
Scena śmierci Grażyny, konającej w objęciach męża Litawora; z ręcznie kolorowanego dziewiętnastowiecznego wydania poematu.

Z czasem legendarna Wanda traci zacięcie do wojaczki. W komiksie Wanda leży w naszej ziemi Kornela Makuszyńskiego i Mariana Walentynowicza (1938) królewska powinność nakazuje jej znaleźć męża. Marzy jej się tajemniczy rycerz, który rozprawił się wcześniej ze smoczą bestią, ale nie sposób go odnaleźć, choć zostawił po sobie łabędzie pióra, niemal jak Wagnerowski Lohengrin. Zamiast wyczekiwanego bohatera tęskna Wanda zobaczy pod bramami Krakowa tylko krwiożerczego Rytygiera. Pokorna monarchini, nie chcąc rozlewać krwi, by bronić się przed niechcianym małżeństwem, widzi tylko jedno rozwiązanie, którym jest usunięcie się z politycznej sceny i skok do Wisły. Fabularnie górę bierze jej tragiczny koniec, a nie mężny opór.

59276366-11-552x711
Dziewiętnastowieczna litografia według obrazu Maksymiliana Antoniego Piotrowskiego, „przedstawiająca Wandę, ten mit pogański zawsze tak świeży w wyobraźni narodu, a tak z jego życiem zrosły, że nawet badania historyków chcących nam go odebrać, przeszły bez odgłosu”.

A pazur czai się czasem tam, gdzie najmniej się go spodziewamy – silną władczynię stojącą na czele prapolskich wojsk łatwiej było sobie wyobrazić naszym przodkom. Wanda realizuje topos rycerskiej kobiety tak silnie obecny w dawnej kulturze od asyryjskiej królowej Semiramis (której historię omawiają jako paralelną do opowieści o Wandzie biskupi Jan i Mateusz w Kronice polskiej Kadłubka) po późniejsze wcielenia tej samej figury – owianą legendą Joannę d’Arc, Armidę z Jerozolimy wyzwolonej Torquata Tassa czy wreszcie waleczną Mickiewiczowską Grażynę.

3742358-17-552x534

Źródło: http://blog.polona.pl/2016/09/wcielenia-wandy/

2016.09.26

Łużyce, starożytne królestwo króla Miliducha

Łużyce (grnłuż. Łužica, dlnłuż. Łužyca, niem. Lausitz, cz. Lužice, ros. Лужица; od ług – zbiornik wodny, kałuża) – kraina historyczna leżąca częściowo w Niemczech i częściowo w Polsce, położona między Kwisą i Łabą, zamieszkana przez Niemców, Polaków i Serbołużyczan.

Powierzchnia Łużyc wynosi około 8000 km². Dzielą się na dwie części: część północna – Łużyce Dolne (dlnłuż. Dolna Łužyca, grnłuż. Delnja Łužica, łac. Lusatia Inferior, niem. Niederlausitz) z głównym miastem Chociebuż (dlnłuż. Chośebuz) leży w większości na południu landu Brandenburgia i częściowo w landzie Saksonia, część południowa – Łużyce Górne, do XV wieku Milsko (grnłuż. Hornja Łužica, dlnłuż. Górna Łužyca, łac. Lusatia Superior, niem. Oberlausitz) z głównym miastem Budziszyn (grnłuż. Budyšin) w większości należy do Saksonii, częściowo leży zaś na południu landu Brandenburgia.

Polska część Łużyc leży na południowym zachodzie kraju i wchodzi w skład województw lubuskiego (Łużyce Dolne) i dolnośląskiego (Łużyce Górne), jej głównymi miastami są: Żary, Lubań, Gubin i Zgorzelec.

map_of_lusatia

Historia

Ślady osadnictwa na terenie Łużyc pozostawiły plemiona celtyckie zastąpiły je plemiona wschodniogermańskie. A tych miejsce, w efekcie wędrówki ludów, zajęły plemiona słowiańskie określane mianem Słowian połabskich. Potomkami niektórych z nich są dzisiejsi Serbołużyczanie.

W latach 623–658 Łużyce wchodziły w skład państwa Samona – najstarszego znanego współcześnie tworu państwowego Słowian zachodnich. Od VII do VIII wieku na terenie Łużyc istniały państwa plemienne zarządzane przez rodzimych władców, jeden z nich Miliduch, król plemion serbo-łużyckich, w 806 roku stoczył bitwę z wojskami Franków.

Miliduch to pierwszy król lub książę miejscowych ziem, znany nam z imienia. Był królem lub księciem  serbołużyckiego związku plemiennego. Jednoczył plemiona serbskie. Zginął w bitwie z Frankami w 806 roku. Wspomina o nim Chronicon Moissiacense (…wtedy to został zabity Miliduch, król zarozumiały, który rządził u Serbów…, Milito, rex superbus, qui regnabat in Siurbis) oraz Einhardi annales (in qua expeditione Miliduoch Sclavorum dux interfectus est… – w której to wyprawie Miliduch, książę słowiański został zabity[1]). Użyte w pierwszym przypadku łacińskie rex, czyli król, jest przesadzone, ale stanowi zapewne nobilitację męża, któremu udało się zjednoczyć plemiona serbskie oraz stanąć na ich czele[2].

12019778-121496545519708-afc517100

W IX wieku Łużyce wchodziły w skład Państwa Wielkomorawskiego. Stan ten utrzymywał się do 907 roku. W roku 963 zostały podbite przez Gerona, margrabiego saskiej Marchii Wschodniej. W roku 1002 Bolesław I Chrobry przyłączył Łużyce do Polski, co zostało uznane w pokoju w Budziszynie (1018).

Następnie ponownie znalazły się w obrębie wpływów niemieckich (układ pokojowy z Budziszyna, 1031) jako część Marchii Miśnieńskiej. W czasach króla Jana i Karola IV z dynastii luksemburskiej trwale zintegrowane z Koroną Królestwa Czech (najpierw Ziemia Budziszyńska i Zgorzelecka, u schyłku życia Karola IV takża Marchia Dolnołużycka). W ramach Korony Czeskiej oboje Łużyce pozostawały do 1635 r. W tym okresie (od lat 70. XV w.) zaczęto stosować określenie Górne Łużyce dla ziem Budziszyńskiej i Zgorzeleckiej, przy czym krótko istniało u schyłku XIV w. księstwo zgorzeleckie, utworzone przez Karola IV dla najmłodszego syna Jana.

gthfgW latach 1635–1815 Łużyce były częścią Saksonii, a potem także częściowo Prus (północna część po rozbiorze Saksonii w 1815). Od XII wieku intensywne osadnictwo niemieckie – przede wszystkim w górach, w miastach i niezasiedlonych obszarach – spowodowało, że Słowianie stali się od XIII wieku mniejszością w tym regionie.

W 1815 roku w ramach reformy administracyjnej państwa pruskiego część Łużyc zostało włączone do nowo utworzonej Provinz Schlesien (prowincji śląskiej). Od 1871 całe Łużyce znalazły się w obrębie zjednoczonych Niemiec.

 

Próby niezależności

W 1919 roku delegacja Serbołużyczan była obecna na obradach konferencji wersalskiej, gdzie zabiegała o utworzenie wspólnego z Czechami państwa. Nie zostali jednak dopuszczeni do głosu. Po ponownym zjednoczeniu Niemiec 3 października 1990 Serbołużyczanie starali się o utworzenie autonomicznej jednostki administracyjnej, jednak władze federalne w Berlinie nie wyraziły na to zgody i nastąpił nowy podział między Saksonią a Brandenburgią. Serbołużyczanie korzystają jednak z przywilejów mniejszości narodowych: posiadają własne szkoły oraz organizacje kulturalne, a napisy na tablicach miejscowości i urzędach są dwujęzyczne.

 

800px-chociebuz_luzyce

Język i kultura

Od XVIII wieku, a szczególnie w XIX wieku zaznaczył się silny prąd budzenia się świadomości narodowej i kulturalnej Serbołużyczan, a także powstawania dzieł literackich w językach łużyckich. W okresie panowania hitlerowskiego próbowano zniszczyć język i kulturę łużycką. Po II wojnie światowej miał miejsce rozwój instytucji kulturalnych i społecznych słowiańskiej ludności Łużyc. Obecnie działa gazeta codzienna: http://www.serbske-nowiny.de/ jest dostępne łużyckie radio i telewizja (http://www.mdr.de/serbski-program/verteilseite1610.html).

220px-Laden_in_der_Bautzener_Karl-Marx-Straße.jpgObecnie: nie wiadomo gdzie są Łużyczanie. Czy ich wysiedlono? Czy jeszcze mieszkają? Literatura mówi na temat Łużyczan w polskiej części Łużyc bardzo niewiele.

„Ta pierwsza kwestia wynikła z omyłkowego wysiedlenia wraz z Niemcami z przypadłych Polsce terenów kilkudziesięciu serbołużyckich rodzin. Fakt ten bardzo negatywnie przyjęty został przez społeczność serbołużycką[32]. Jednakże gwoli sprawiedliwości stwierdzić należy, że władze polskie szybko na ten fakt zareagowały i podjęły starania aby pozostałym jeszcze w Polsce Serbołużyczanom zapewnić ochronę. Wojewoda wrocławski Stanisław Piaskowski już 29 lutego 1946 r. wydał okólnik w sprawie wyłączania Serbołużyczan z transportów repatriacyjnych[33]. W czerwcu 1946 r. wydał polecenie aby traktować przebywających na podległym mu obszarze Serbołużyczan analogicznie jak polską ludność autochtoniczną i zapewnić im pełną ochronę i opiekę[34]. W listopadzie tegoż roku również Ministerstwo Ziem Zachodnich nakazało wojewodzie wrocławskiemu zwrócić szczególną uwagę aby do transportów repatriacyjnych nie trafili Serbołużyczanie[35] oraz ustalić ich liczbę na podległym mu terenie[36].

W styczniu 1947 r. Kócka uzyskał od władz zgodę na powrót na teren Polski wszystkich wysiedlonych Serbołużyczan, także tych zniemczonych, i na osiedlenie ich nad Nysą Łużycką. Zdaniem Kócki najlepiej byłoby umieścić ich na wysokości Muzakowa, co pozwoliłoby im nawiązać kontakt z etnograficznie serbołużyckim obszarem po drugiej stronie Nysy. Wraz z nimi powinien przybyć ewangelicki pastor oraz nauczyciel oraz pewna liczba uświadomionych narodowo Serbołużyczan z rejonu Slepeho i Wojerec, aby pomóc w reserbizacji zniemczonych jednostek. Miałaby w ten sposób powstać na ziemiach polskich prołużycka baza polityczna[37]. W lutym 1947 r. Kócka monitował władze Domowiny aby jak najprędzej przeprowadziły rejestrację chętnych do powrotu i rozpoczęły starania o uzyskanie dla nich przepustek i paszportów, tak aby mógł powstać nad Nysą surogat ł surogatzisko – serbskeje statnosće[38].

Rozmowy w tej sprawie ponownie przeprowadzone zostały w maju 1947 r. w Ministerstwie Ziem Odzyskanych. Kócka uzyskał m.in. wówczas obietnice przyznania przesiedleńcom pomocy materialnej[39]. Starał się więc maksymalnie wykorzystać sprzyjającą koniunkturę. W lipcu 1947 r. ponownie zwrócił władzom Domowiny uwagę na potrzebę pośpiechu w realizowaniu tego zamierzenia. Pośpiech był wskazany także z tego względu, że wówczas były jeszcze nad Nysą Łużycką wolne gospodarstwa rolne[40].

Jak się wydaje ta inicjatywa Kócki przyjęta została w Budziszynie ze sporą rezerwą. Dopiero bowiem w październiku 1947 r. podjęto przygotowania do przeprowadzenia rejestracji Serbołużyczan wysiedlonych z Polski i posługujących się rodzimym językiem[41]. Akcja ta nie przyniosła jednak spodziewanych wyników, a w obliczu zarysowującego się na przełomie lat 1947 i 1948 przełomu w stosunkach serbołużycko – niemieckich cała sprawa przestała być aktualna.”[3]

Po II wojnie światowej lokalni działacze łużyczcy mieli „plan-minimum” na własne państwo narodowe na Nysą Łużycką:

„Na początku 1946 r. jakże przyjazna Serbołużyczanom katowicka Odra w obszernym wywiadzie przedstawiła poglądy Kócki na zagadnienie Łużyc. W ich świetle serbołużycki program maksimum sprowadzał się do uzyskania pełnej niezawisłości w miniaturowym państwie na wzór Luksemburga czy Andorry. Koncepcja taka miałaby wszelkie szanse powodzenia, gdyż w powstałej po wojnie konfiguracji geopolitycznej Łużyce znalazły się pomiędzy granicami Polski i Czechosłowacji i nie tworzyłyby żadnej odosobnionej enklawy. Do przyjęcia byłaby również autonomia w obrębie Czechosłowacji lub Polski. Względy geograficzne przemawiały za tą drugą ewentualnością, jednakże wśród ludności serbołużyckiej przeważała orientacja proczeska. Według Kócki w grę miał wchodzić obszar 11 łużyckich powiatów, o powierzchni 125000 km kw. Z około 250 tysiącami Serbołużyczan, wliczając w tą liczbę także elementy zniemczone. W wywiadzie tym przedstawił on także koncepcję przesiedlenia najbardziej na zachód wysuniętych serbołużyckich osad nad Nysę, przy równoczesnym wysiedleniu stamtąd Niemców”[3]

 

 

55056d.jpg
Źródło:

Zielonogórska Historia

[1]    ↑ Henryk Łowmiański, Początki Polski, t.V, Warszawa 1973, s.238-239
[2]    ↑ Wojciech M. Wochna, Kilka uwag o religii etnicznej dawnych Serbołużyczanach na kanwie historycznego opowiadania Lubomíra Jaroša Vítr na věčnost [w:] „Opolskie Studia Łużycoznawcze”, tom 8, Pro Lusatia 2009
[3]  http://www.prolusatia.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=159:dziaalno-wojciecha-wojcecha-kocki-w-serbouyckim-ruchu-narodowym-w-latach-1945-1950&catid=2:wszelkie-artykuy&Itemid=14