Najstarsze drzewo w Europie – Cis Henrykowski

Dolny Śląsk: Cis ma 1281 lat. I zaczyna usychać. Cis w Henrykowie Lubańskim jest aktualnie najstarszym drzewem w Polsce. Jak alarmują nasi czytelnicy od jakiegoś czasu widać po nim upływ czasu.

O tym co się dzieje w tej chwili czyli wywiadzie z 27 lipca 2016 roku można posłuchać tutaj: Reportaż Radiowy

 

1469625289

Mała ilość opadów, duże nasłonecznienie nie sprzyjają cisom. Dodatkowo ten henrykowski atakują nornice. Cześć igieł i gałązek zamiera. Drzewo jest osłabione i raczej w słabej kondycji. Czy to już koniec pięknej historii tego, konkretnego iglaka? – Coś niepokojącego z cisem zaczęło się dziać już w 2012 roku – wtedy uschła jedna część – mówi wójt gminy Lubań Zbigniew Hercuń.

55d07bebbdac6_o,size,250x400,q,71,h,915646Specjaliści już ratują cenne drzewo

Jak tłumaczy od tego czasu henrykowskim cisem zajmuje się cały sztab specjalistów, którzy na bieżąco prowadzą pielęgnacje drzewa. – Nie ma zagrożenia dla cisa od strony korony. Problemem są głównie korzenie. Nam jako gminie nie wolno podejmować działań samodzielnie. Czasami przez to, prace nie idą tak szybko jak powinny – dodaje wójt.

Wkrótce cis ma jednak doczekać się gruntownych prac. Rozważane jest wygrodzenie wokół drzewa większego terenu, wykopanie fosy, która umożliwiłaby nawadnianie korzeni oraz ustawienie ekranu osłaniającego od nadmiernego nasłonecznienia. Oby te działania specjalistów pomogły, bo przed cisem jest jeszcze bowiem całkiem sporo. Ocenia się bowiem, że dożyć mogą one nawet maksymalnie do 2-3 tysięcy lat.

Niepowtarzalny cis

Według szacunków cis urodził się w 734 roku i obecnie liczy sobie już 1281 wiosen. Henrykowski cis nie jest może tak popularny jak dąb Bartek, ale w naszym kraju nosi zaszczytny tytuł najstarszego drzewa w Polsce i prawdopodobnie także w Europie Środkowej. Cis pod ochroną jest już od 1423 roku, kiedy to król Władysław Jagiełło na mocy Statutu Warckiego zabronił wycinania tych drzew. „Jeśliby kto wszedłszy w las, drzewa, które znajdują się być wielkiej ceny, jako jest cis albo im podobne, porąbał, ten może być przez pana albo dziedzica pojman, a na rąkojemstwo tym, którzy oń prosić będą, ma być dan.” – głosiło ówczesne prawodawstwo. Przez wieki cis był świadkiem wielu wydarzeń. Wielokrotnie także groziło mu niebezpieczeństwo. W 1813 r. szablami pocięli go Kozacy. W trakcie współczesnej, historii wichura pozbawiła go jednej odnogi, trafił w niego piorun wypalając pień, ale mimo to cis przetrwał.

Źródło: http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/6206839,dolny-slask-cis-ma-1281-lat-i-zaczyna-usychac,id,t.html, Tomasz Jurak 16 sierpnia 2015 15:40

oraz http://www.muzyczneradio.com.pl/16796,wiadomosci,walka-o-uratowanie-najstarszego-drzewa-w-polsce.html 2016-07-27 15:19

 

Lachy i Wandale – Sławomir Ambroziak

Tekst popełniony przez Sławomira Ambroziaka na stronie: http://slawomirambroziak.pl/dawno-dawno-temu/lachy-i-wandale/

Przed erą genetyki, lingwistyka historyczna była jednym z najskuteczniejszych narzędzi naukowych, służących odkrywaniu tajemnic zamierzchłych epok. Wspomniana genetyka, czyli nauka ścisła, wywróciła do góry nogami pozornie ugruntowane poglądy na temat historii Europy, wyznaczając przodkom dzisiejszych Słowian godziwe miejsce na arenie dziejów. Językoznawstwo historyczne nie pozostało w tyle: animowana mapa ewolucji języków indoeuropejskich, stworzona przez Business Insider a oparta na rezultatach badań Russella Graya i Quentina Atkinsona, stosujących metody obliczeniowe, zbliżone do algorytmów używanych przez genetyków podczas śledzenia rozprzestrzeniających się epidemii, wskazuje na dialekty bałto-słowiańskie jako na prawdziwy, a nie skompilowany metodą historyczno-porównawczą, język praindoeuropejski, przynajmniej w odniesieniu do jego gałęzi europejskiej. Zresztą pomysł Graya i Atkinsona, zaprezentowany po raz pierwszy w 2003 r., już wtedy nie był nowy, gdyż podobne propozycje, co do rozprzestrzeniania się języków indoeuropejskich, wsuwali wcześniej: Schmidt, Lehmann i Renfrew, przy czym dwaj pierwsi badacze lokowali słowiańszczyznę w samym centrum indoeuropejskiej wspólnoty, wyprowadzając rozchodzące się od niej fale pozostałych grup językowych.pie-slowianie-fala.jpg

Po aparat matematyczny w językoznawstwie historycznym, a konkretnie po statystykę, sięgali na długo przed Grayem i Atkinsonem – Swadesh i Mańczak, licząc zbieżności leksykalne w poszczególnych językach indoeuropejskich, albo w zestawach najbardziej reprezentatywnych stu słów, albo w słownikach, albo w porównywalnych fragmentach tłumaczenia biblii. A w każdym z tych przypadków nauka ścisła, matematyka, dowodziła niezbicie i bezlitośnie: języki słowiańskie, w szczególności polski, są kolebką języków indoeuropejskich. Gray i Atkinson wykorzystali zresztą w swych pracach podstawy stworzone przez Swadesha. Metodę Graya i Arkinsona, podpierając się założeniami przyjętymi wcześniej przez Witolda Mańczaka, zweryfikowali w 2013 r. Garrett i Chang, uzyskując wprawdzie odmienny wynik, co do kierunku rozprzestrzeniania się języków indoeuropejskich po Europie (nie z południa na północ, tylko ze wschodu na zachód), potwierdzając jednak kluczową rolę odgrywaną w tym procesie przez języki słowiańskie. W komentarzach do tych badań, w podobnym tonie, w odniesieniu do języków słowiańskich wypowiadali się Heggarty i Renfrew. W ostatnim czasie Gray i Atkinson weryfikowali z kolei wyniki uzyskane przez Garretta i Changa, czego efektem jest zapewne wspomniana na wstępie mapa.

Mogą więc mieć się z pyszna wielce uczeni prześmiewcy, drwiący z Wojciecha Dembołęckiego, który już w XVII w. pisał, że łacina i wszystkie języki europejskie to tylko zniekształcona, w ten czy innych sposób, polszczyzna, pochodząca, jak też inne języki słowiańskie, w prostej linii od dialektów scytyjskich. Dembołęcki, pasjonat etymologii, posiadając rzymski tytuł doktora teologii oraz historyka i kronikarza zakonu franciszkanów, i biegłą znajomość dziesięciu języków, wiedział bez wątpienia, o czym pisze. Zauważmy przy tym, że van Boxhorn, uznawany za ojca indoeuropeistyki, który wspólny język praindoeuropejski nazywał językiem scytyjskim, opublikował swoje dociekania w 1647 roku, czyli dokładnie w roku śmierci Wojciecha Dembołęckiego. Ojjj… ktoś się tu chyba mocno kimś inspirował…

Sztandarowa dziedzina językoznawstwa historycznego – etymologia – w mojej ocenie jest nie tyle nauką, co sztuką. A jak każda sztuka – wymaga talentu przyrodzonego. Kto narodził się ze zdolnościami etymologicznymi – ten uprawia etymologię, tak jak osobnicy ze zdolnościami plastycznymi lub literackimi rysują lub piszą. Część kształci się oczywiście w wybranych kierunkach sztuki, co nie oznacza, że wykształcenie powiększa ich potencjał twórczy. A że przyrodzone talenty duszą, tak więc również Ci, bez szczególnego wykształcenia, chwytają za pędzel lub pióro. A ponieważ genetyka i matematyka dokonują rewolucji w spojrzeniu na historię naszego narodu i języka, zaś wykształceni etymolodzy przyjmują pozycję wyczekującą, dlatego w ostatnich latach pióro spoczywa głównie w rękach amatorów. Czasami wychodzą z tego żenujące brednie, czasami zdarzają się drobne wpadki, ale nieraz spotykamy się również z przebłyskami geniuszu.

Dlatego też, ośmielony sukcesami etymologów ludowych, również ja postanowiłem zasiąść przed klawiaturą komputera, by wyrzucić z siebie to, co mnie dusi, i podzielić się z Czytelnikiem pewnym pomysłem etymologicznym, który może dopomóc w wyjaśnieniu zamieszania wokół starych, etnicznych imion Polaków: Wenedów, Wandalów i Lachów.

Niesforne głoski

Nie potrzeba dogłębnej wiedzy z zakresu lingwistyki, by wyczuć podskórnie labilność zachodzącą pomiędzy głoskami, zapisywanymi w językach indoeuropejskich znakami: W (V), U, Ł, L. Znają to znakomicie Czytelnicy posługujący się na co dzień językiem angielskim, w którym głoskę zapisaną znakiem „w” czytamy jak nasze „ł”. Z kolei np. w języku walijskim litera „w” służy do zapisywania samogłoski „u”. W ojczystej polszczyźnie mieliśmy znane ze starych filmów „ł”, nazywane kresowym lub scenicznym (coś między „l” a „ł”), które w bliższych nam latach uległo zapoczątkowanemu już z końcem XVI w. procesowi tzw. wałczenia i wymawiane jest dzisiaj przez naszych rodaków prawie jak „u”. Użytkownicy języków słowiańskich, w tym polskiego, miewają manierę wymawiania „u” i „ł” (zapisywanego jako „w”) w pożyczkach łacińskich lub angielskich, jak „w” – np. gwarana (guarana), awto (auto), wikent (weekend). Przykłady można mnożyć…

W tej sytuacji warto byłoby zadać pytanie: czy podobna labilność nie doprowadziła czasami do alternacji pomiędzy pierwszymi głoskami (W/L) np. w etnonimie Wandal, dając w efekcie węgierską nazwę Polaka – Lendziel (pisane z węgierska: Lengyel)? A ponieważ nazwy Wenden i Wandal, jak wykazał Adrian Leszczyński, wymiennie określały Słowian zachodnich, dlatego pewnie starzy Madziarowie nazywali Polaka – Lendzien (Lengyen), starzy Rusowie – Lęden, a starzy Serbowie – Ledjanin (Bruckner. Słownik etymologiczny języka polskiego. Warszawa. 1985). Przy czym zwróćmy uwagę, że, jeżeli założymy możliwość zaistnienia zaproponowanej wyżej alternacji, staroruskie Lęden i staromadziarskie Lendzien będą dokładnymi odpowiednikami fonetycznym niemieckiego Wenden – nazwy używanej w odniesieniu do Słowian zachodnich.

Testując hipotezę…

Aby przetestować powyższą hipotezę, musimy poszukać w językach indoeuropejskich, a najlepiej w języku polskim, synonimów lub słów bliskoznacznych, w których doszło do zakładanej alternacji pomiędzy „w” a „l”. Jako pierwsze nasuwają mi się na myśl dwie pary takich słów:gawędzić i ględzić oraz węda i łęt. Nad gawędzeniem i ględzeniem nie ma się sensu rozwodzić, gdyż to czytelne, a i zamierzam jeszcze do tych słów powrócić. Warto natomiast wyjaśnić, żewęda to to samo, co jej dzisiejsze zdrobnienie – „wędka”, więc łęt, czyli w staropolszczyźnie – „pręt” (głównie z gałęzi lipowej), pozostaje z wędą, co widać na pierwszy rzut oka, w dość bliskim związku semantycznym. Natomiast całkowitą zgodność znaczeniową z naszym łętemsłyszymy w angielskim słowie wand – „pręt”. W tym samym obszarze semantycznym należałoby umieścić chyba lancę – pierwotnie „tykę do poganiania bydła”, której nazwa ma podobno wywodzić się z dialektów celtyberyjskich. Etymologią związaną z łętem może bez wątpienia pochwalić się słowo gałąź, również używane początkowo w znaczeniu „pręt”. Blisko tego gniazda semantycznego pozostaje też giewont czy gewont z gwar podhalańskich – „słup, pionowo ustawiona belka lub tyka” (Eljasz-Radzikowski. Ilustrowany przewodnik do Tatr, Pienin i Szczawnic. Kraków. 1870).

Jako pieprzyk uwagi można przytoczyć etymologię Zbigniewa Gołąba, który wywodzi znaczenie nazwy własnej Wenetów od praindoeuropejskiego czasownika łenh – „dążyć” – a przytacza przy tym również italo-celtycką wersję fonetyczną tego etnonimu: Łenetoi. (Gołąb zapisuje oczywiście dzisiejsze „ł” pokreślonym „u”, czyli używając odpowiedniego znaku ustalonego dla pisma fonetycznego.) Według Gołąba Wenetowie mieliby być więc zdobywcami (słowiańskie wit, wędka – „zdobycz”; zwędzić – „zdobyć nielegalnym sposobem”), wędrującymi w nieznane i biorącymi w posiadanie odkrywane (germańskie vinden, find, fund – „odkrycie”) przez siebie terytoria. (Na marginesie: czasownik wędrować ma dokładnie tę samą etymologię.)

Nie widać więc chyba formalnych przeszkód, nie pozwalających uznać, że warianty nazwy etnicznej pod postaciami – Wenden czy Wandal – egzystowały równolegle w formach na literę L, dając m.in. odnotowywane w zapisach etnonimy: Lęden, Lendzien i Lendziel.

Test nr 2

Powszechnie przyjmuje się, że Lach i Lech są zgrubieniami, takimi jak Stach czy brach, pochodzącymi od zrekonstruowanego przez Tadeusza Lehra-Spławińskiego etnonimu Lędzianie (Lendizi – w zapisie Geografa Bawarskiego), który ma z kolei pochodzić od prasłowiańskich słów – lędo, lęda, lędina – używanych na określenie ziemi przygotowanej pod uprawę lub pozostawionej ugorem, bez uprawy. (Gdyby przyjąć zaproponowaną wyżej alternację W/L, Lendizi Geografa Bawarskiego odpowiadaliby fonetycznie zapisowi Nestora – Wętycze – odnoszącemu się do jednego z plemion słowiańskich a wiązanemu z nazwą Wenetów.) Prasłowo zachował jeszcze język kaszubski w brzmieniu lędzina, w znaczeniu „ściernisko, rżysko”. Chociaż polscy językoznawcy bronią się rękami i nogami przed taką etymologią, osobiście nie mam najmniejszych wątpliwości, że od owego lędo pochodzi też słowo ląd. Potwierdza to niejako etymologia anglojęzyczna, tyle że prowadzi (jak dzisiaj już wiemy – niesłusznie) kierunek jego rozwoju od germańskiego land, ku starocerkiewnosłowiańskiemu lędina, w znaczeniu „pusta ziemia, wrzosowisko”. Tak więc imię Lachów zbliża się ewidentnie, przynajmniej semantycznie, do etnonimu Polan, co pozostaje również w zgodzie z opinią Nestora, który w XII w. pisał: „…od tych Lęchów przezwali się jedni Polanami…”. A biorąc pod uwagę wszystkie te fakty językowe, niezwykle pożyteczne dla testowania prawdopodobieństwa naszej hipotezy okazałyby się dowody na to, że słowa określające pola czy pustocia pojawiają się w językach indoeuropejskich, również w wersjach na W.

Starzy Warszawiacy doskonale znają sławny Golędzinów, z którego ruszały na manifestujących robotników niesławne jednostki ZOMO. Nazwa Golędzinowa, zapisana pod 1429 i 1433 rokiem jako Golandzynowo, a pod 1442 – jako Golodyno, albo wywodzona jest od słowa gola – „niezarosłe pustkowie”, albo od znanego nam już lędo, z powiększającym przyrostkiem go (Handke Kwiryna. Słownik nazewnictwa Warszawy. 1998). W mojej ocenie, go nie jest tutaj niemotywowanym przedrostkiem, tylko znakiem, że w słowie chodzi o bydło (praindoeuropejskiegwou). Dlatego Słowianie nazywali bydło – gowędo, a Ariowie pasterza – gowinda. Dlatego też wydaje mi się, że golędo mogło być pastwiskiem, co jest nie tylko prawdopodobne z uwagi bliskość pojęcia, ale również na fakt, że alternacja głosek służy nieraz w języku zmianie lub uściśleniu znaczenia wyrazu w granicach danego obszaru semantycznego.

W tym miejscu czas, by powrócić do gawędy i ględy… W tradycji i mitologii indoeuropejskiej pasterzom zawsze przypisywano zdolności muzyczne i poetyckie. Możliwe, że – z uwagi na niezbyt absorbującą pracę – pasterze dysponowali nadmiarem czasu niezbędnego w procesie tworzenia. Ich twórczość mogła mieć również, przynajmniej początkowo, aspekt praktyczny; zawodzenia pasterzy uspokajają podobno bydło. Pokłosiem sztuki pasterskiej jest więc chociażby amerykańska muzyka country, ale sztuce tej zawdzięczamy także renesansowy romans pasterski, który położył podwaliny pod późniejszą powieść jako gatunek literacki, jak również, najprawdopodobniej naszą gawędę w znaczeniu „epickiego lub poetyckiego, szlacheckiego utworu biesiadnego” oraz ględę – „nudną, rozwlekłą gawędę czy inną opowieść”. Oba te słowa pozostają więc w bliskim związku z gowędem – „bydłem” oraz golędem – „pastwiskiem”.

bozywoj_pierwszy

Mamy w Polsce więcej miejscowości o podobnie brzmiących do Golędzinowa nazwach – np. Golądkowo koło Pułtuska. Mamy też rozmaite Olendy i Olędy, które nie mogą być raczej pozostałościami po osadnictwie holenderskim, gdyż osady holenderskie to głównie Olędry lub Olendry, a niektóre z tych nazw zostały podobno zapisane przed pojawieniem się na naszych ziemiach osadników holenderskich. Nie wierzę zresztą, aby nazwa Holandii (Holland) miała oznaczać z germańska leśną krainę (Holtland, Holzland), gdyż wątpię, by twórcy tej nazwy – Batawowie – kiedykolwiek widzieli tam drzewa; szatę roślinną nadmorskiej Holandii tworzą natomiast torfowiska i… wrzosowiska, czyli lędiny czy golęda. I podobnie musiało wyglądać to wszystko w dawnych czasach, skoro wielowiekowa eksploatacja torfu doprowadziła do obniżenia poziomu gruntu i zamieniła rozległe obszary Holandii w tereny zalewowe. Mowa tu oczywiście o samej Holandii, nie o całych Niderlandach.

Od golęda, czyli pastwiska, może pochodzić też czasownik golić i przymiotnik goły, których etymologii nie udało się dotąd prześledzić językoznawcom. (Przypomnijmy, że, jak wyżej widzieliśmy, golami nazywano w dawnych czasach „niezarosłe pustkowia”). To przejście semantyczne zrozumie każdy, kto widział spustoszenia szerzone przez bydło. Dwa konie mojego zaprzyjaźnionego gospodarza, u którego spędzam całe lato, potrafią w dwa miesiące ogołocićniemal do gołej ziemi dziesięć hektarów pastwiska. Inny mój znajomy, któremu nie chciało się kosić ogromnego trawnika, pożyczył od sąsiada na kilka dni dwie kozy, które wyręczyły go w pracy.

W związku z golędem pozostaje też zapewne niewyjaśniony etymologicznie gląd (dziś znany jedynie ze złożeń: wygląd, przegląd, ogląd) oraz pożyczony z niemieckiego glanc – „połysk”, gdyż to – co gołe, to dobrze widoczne, a często – również błyszczące.

Powracając jednak do interesującego nas w tej chwili obszaru semantycznego i szukając słowa o podobnym znaczeniu, tyle że z wymianą L na W, należy wspomnieć, że w dawnym nazewnictwie Spiszu znajdujemy nazwę Lange Gewand na nieużytki, pola i zarośla, opodal Kiezmarku. Wcześniej obszar ten nazywano Langewald – Długi Las, dlatego niektórzy uważają, że mogło dojść tutaj do jakiegoś pomylenia nazwy. W mojej ocenie jednak – zmiana nazwy była zapewne prostą konsekwencją wycięcia lasu; gdy zniknął długi las, a nikt nie garnął się do zagospodarowania tego terenu, pojawiło się długie, nieuprawne pole czy pustocie – gewand.

Według Jana Rozwadowskiego (O nazwach geograficznych Podhala, 1914), w gwarach południowo-niemieckich górników słowo gewande oznaczało „skały lub ściany górskie”, a wand – „skały mniejsze lub większe”. Natomiast w gwarze podhalańskiej wanty i wantule to „skalne pasma czy rumowiska”, więc generalnie tereny jałowe, nieużytki – niemal to samo, co lędy. Giewontem lub Gewontem (starsze zapisy) nazywano najpierw halę rozciągającą się u stóp góry, nim nazwa ta przeszła na samą górę. W siedemnastowiecznych przywilejach królewskich czytamy: „hale Gewont Strążyskami zwane”. Hale to oczywiście górskie tereny wypasu a strążyska – zagrody dla owiec; znowu więc zbliżamy się semantycznie i fonetycznie do golęda, w zaproponowanym wyżej znaczeniu pastwiska.

cropped-cropped-02_shep052b_11_01_24_eromanemp_600.jpg

Polak, Węgier, dwa bratanki…

Wprawdzie doskonale znane każdemu Węgrowi i Polakowi powiedzonko miało powstać ponoć niedawno – po upadku konfederacji barskiej – bliskie związki obu etnosów, choć brak tutaj miejsca na ich dogłębną analizę, sięgają niewątpliwie zamierzchłych czasów. W literaturze językoznawczej możemy spotkać rozmaite opinie na temat tego, od kogo Madziarowie poznali Polaków pod imieniem Lendziel. Nie trzeba jednak daleko szukać; plemiona madziarskie wzięły przecież w posiadanie pierwotnie słowiańskie ziemie, a kultywujący swoje tradycje Słowianie nadal zamieszkują węgierskie krainy: Prekmurje, Somogy i Vas. A jedna z tych tradycji mówiła o nich samych, jako o potomkach Wandalów, zaś używany przez nich dialekt nazywany był w dokumentach łacińskich – językiem wandalskim. I wprawdzie Węgrzy przyjęli do leksyki swojego języka masę słów słowiańskich, madziarscy przybysze bronili się rozmaitymi sposobami (jak widać – skutecznie) przed całkowitą slawizacją – losem zgotowanym przez Słowian tureckim Bułgarom. Początkowo używali jednak głównie języka słowiańskiego (Helmold. Kronika Słowian. Warszawa. 1862) i w języku tym, w XVI wieku, przekazali miejscowe nazwy osmańskim najeźdźcą (Phoenix. Językoznawco, szach mat! Wspaniała Rzeczpospolita. 2015)

Jeżeli zaakceptujemy więc powszechną w językach indoeuropejskich alternację W/L, jako jedno i jedyne założenie skreślonej wyżej hipotezy, niejako z automatu zrozumiemy pochodzenie węgierskiego przezwiska Polaka, a rozgłaszane niedawno, sensacyjne wieści o odkryciu wandalskich pochówków w Łętowicach nie będą brzmiały już tak sensacyjnie. A hipoteza ta wygląda, w mojej ocenie, atrakcyjnie i elegancko, głównie z uwagi na swoją prostotę, wymagającą przyjęcia a priori tylko jednego, jedynego, a do tego – wielce prawdopodobnego założenia – alternacji głosek W/L.

Jednym słowem: Lachy to Wandale!

Autor: Sławomir Ambroziak

http://slawomirambroziak.pl/dawno-dawno-temu/lachy-i-wandale/

 

 

Bogna Jurata Serafińska – Bóg mocy

Bóg mocy, błyskawic i gromu.
Skryć przed nim się nie da nikomu.
Potęgę tę pozna świat cały.

Bóg groźny, potężny swą chwałą,
Wciąż modlitw on zbiera niemało,
Świątynie ma wszędzie swej chwały.

A imion ma ilość ogromną,
Tak wielką, że ludzie nie pomną,
Trwożą się, że któreś zaginie.

Lecz jedno jest sławne z prawieków,
Gdy władca przemówił – człowieku –
Perkuna ty sławić masz imię!

To Perkun, wszechwładny Perkunas,
Co zechciał stolicę mieć u nas
I w każdej był leśnej dąbrowie.

To Perkun, a z nim Perperona,
Bogini, władczyni i żona…
Zapytaj … a grom ci odpowie.

foto 305.jpg

W domu bogów – SynPrzedwiecznychBogów

6_2Do lasów przedwiecznych bogów wszedłem

Zmęczony trudem codzienności, jasność ich drzew rozświetliła nieprzeniknione ścieżki moje

Świętowicie wszechwidzący, przekonanie w życie po życiu wlej w me zmarnowane ciało

Perunie, panie gromów, ochroń przed piorunami wrogów

Swaroże, twe słońce niczym hiperborejskie niech trwa stale i wiernie

Strzybogu, królu wichrów, zniwecz huragany i błogosław nas ciepłem łagodnego wiatru

Radogoście, niech ogień domu mego raduje gości

Mokosz, twe dary – płodność oraz woda niech krążą w żyłach naszych i rozkosznej siły przydają

Idzie światłość bogów do mnie, ich moc naprzód prze umysł zbutwiały przez troski spotykane na co dzień

I odrodzi go szczęśliwie, na Ziemi, w Wyraju lub w Nawii.

 

Autor: SynPrzedwiecznychBogów

Data opublikowania: styczeń 2016

WIANKI, czyli coś z cyklu: ‚znane i lubiane’ – My Słowianie

11267849_392970800909776_2332413078468355053_nOprócz poszukiwania kwiatu paproci, w noc sobótkową, najważniejszym dziewczęcym obrzędem było, i jest nadal puszczanie wianków na wodę. Wianek od zawsze był symbolem panieństwa i czystości, czyli dziewictwa. Panny na wydaniu plotły je więc z polnych o ogrodowych kwiatów. We wianki najczęściej wplatały chabry, maki, rumianek i różyczki, następnie przywiązywały je do cienkiej, lekkiej deseczki, a na środku przyklejały świecę. Tak przygotowane wianki puszczały na wodę, uważnie obserwując jak płyną. Obrzęd puszczania wianków jest wspólny dla całej słowiańszczyzny. Jego geneza sięga dalej niż do obrzędów związanych z nocą świętojańską (jaką to nazwę dla przesilenia letniego przyjęto po chrystianizacji terenów słowiańskich). Znane są podania, mówiące o tym, że na Białorusi i Ukrainie w tą magiczną noc, panny puszczają wianki uwite z rozmaitych ziół.

 

Czytaj dalej

PCh24 znów atakuje pogan w sprawie postrzyżyn i zaplecin

Artykuł Michała Wałacha, opublikowany dzisiaj na stronie Polonia Christiana 24 znanej z braku zrozumienia wiary naszych przodków, został dzisiaj popełniony w tradycyjny dla nich ignorancki sposób.

Przedstawimy nasze racje dot. tego artykułu.

Już w nagłówku artykułu jednoznacznie można wysunąć wniosek, że wszyscy poganie, neopoganie oraz ateiści to lewactwo, marksizm i nacjonalizm. Po części mają rację, ponieważ sami piszą na temat artykułu wydanego w maju, w serwisie Gazety Wyborczej [przedruk artykułu u nas]. Tylko w tym miejscu można się zgodzić, bo GW jest znane z walki z kościołem i przede wszystkim z TRADYCJĄ! Promowanie przez GW akurat trójmiejskiej edycji Postrzyżyn i Zaplecin jest nożem wbitym, i w katolickie obyczaje, jak i obrzędowość pogan. Ładnie nazwał p. Wałach – genderowit – ale już muszę ubić trochę piany za to, że nazwał go pogańskim bożkiem. Poganie są przeciwni w swojej większości genderyzmowi. Dlatego genderowit to bożek redaktorów z Czerskiej.

Poganie wszelkiej maści odnoszą się głównie i przede wszystkim to tradycji ludowej, gdzie jest poszanowanie życia, ale także kult siły, walki, ogólnie aspektów pozytywnych dla życia człowieka. Wszelkie odmienności są tolerowane, ale nie przyzwalamy na nie, ponieważ nie jest to naturalne. Kościół Katolicki powinien być w sojuszu z Rodzimowiercami ponieważ u podstaw wyznawane są te same zasady. Różnica polega tylko i wyłącznie w wierze w byty wyższe. Wszakże podstawą jest właśnie rodzina, składająca się z Ojca i Matki (mężczyzny i kobiety) oraz ich pociech.

Stylizowany na przedchrześcijański obrzęd ma więc zawierać w sobie potencjał genderowy, jak gdyby Słowianie byli pierwszymi w dziejach ludzkości piewcami tezy o „tożsamości płciowej” oraz możliwości „zmiany płci”. Na tym jednak absurdy lewackiej imprezy się nie kończą. – pch24.pl

Dlatego prawdziwi poganie i neopoganie traktują wydarzenie z Gdańska z przymrużeniem oka, a nie jako coś poważnego i prawdziwego. Postrzyżyny są tylko i wyłącznie dla chłopców, a Zapleciny dla dziewczynek. Dziewczynki mają być dziewczynkami, a chłopcy, chłopcami. A nie jakieś misz-masz. Inaczej to już nie jest tradycja pogańska, a jakaś ateistyczna berbelucha – mieszanka różnych obrzędów. Ani pogańskie, ani katolickie. Miło że autor podkreślił, że Słowianie nie są piewcami genderyzmu.

postrzyzyny

Jednak KK nie powinien i nie może zabraniać rodzicom nawet katolickim posyłania ich pociech na obrzędowość pogańską, bo to ich decyzja w jakiej wierze chcą ich wychować, a jeżeli chcą im wpajać wiarę politeistyczną to ich sprawa, a nie księży i katofanatyków. Wcale nie szkodzi to młodym umysłom, a wręcz odwrotnie, otwiera je na nowe. Szczególnie, że wiara w wielu Bogów to nie klepanie formułek i chodzenie do kościoła, a pokazywanie swojego dobra na co dzień. Dążenie do harmonii z naturą i godne życie w społeczeństwie.

Niezwykle niebezpiecznym jest więc nie tylko sam obrzęd, dokonany w takiej formie po raz pierwszy w 1050. rocznicę chrztu Polski, ale również alianse katolicko-pogańskie. – pch24.pl

Po pierwsze 1050 lat temu nie było chrztu Polski, bo ludzie nie zostali katolikami z dnia na dzień. A sam władca Mieszko I był po chrzcie wciąż wyznawcą swoich Bogów, a nie wyznawcą nowych. Człowiek który wierzy tylko pod publiczkę, nie jest wierzącym, a tym bardziej członkiem kościoła do którego przystąpił z przyczyn politycznych. Mieszko I wykazał się rozwagą polityczną, ale nie przemyślał tego co się działo później, głównie za sprawą jego syna Bolesława Chrobrego, a to jego można uznać jako prawdziwego chrześcijanina. Co jest smutne w samym sobie, bo wykorzystał swoją pozycję do krzewienia wiary siłą.

od-lewej-kalina-dabrowka-luba-maja-i-ich-mamy.jpg
Prawdziwe zapleciny dziewczynek.

Sama ceremonia, wbrew propagandzie „fajnych” mediów, nie wpłynie dobrze nie tylko na duchowość dzieci, ale również na ich postawy życiowe. Bohaterami postrzyżyn-zaplecin byli bowiem najmłodsi. Nie ukrywają tego samo rodzice, którzy zdecydowali się na udział w ceremonii, by ich – często nieochrzczone – pociechy mogły ubrać się w niepowtarzalny sposób, otrzymać od krewnych masę prezentów i być fotografowanymi ze wszystkich stron. -pch24.pl

Jak pisałem wcześniej,  ceremonia nie będzie negatywnie wpływać na ich duchowość, jak i postawy życiowe. To rodzice, którzy gustują w lewicowej ideologii wpłyną na duchowość dzieci, bez względu na to czy one przejdą obrzędowość katolicką czy pogańską. Toksyczna rodzina, wypuści na świat równie toksyczne młode.

Abstrahując więc od wymiaru duchowego, pogaństwo uczy egoizmu, a katolicyzm spojrzenia na kogoś innego, kogo musimy nauczyć się przyjmować i stosownie zachowywać się w Jego obecności. Postrzyżyny-zapleciny w żadnym wypadku nie wypełnią pustki spowodowanej brakiem Pana Boga w sercu. -pch24.pl

Tutaj autor pojechał po skarpie, ale muszę powiedzieć, że  P-Z nie musi powodować pustki duchowej. Dla dzieci pogańskich pustkę duchową wypełniają Bogowie Słowiańscy,  bliscy małym Polakom, bo wywodzący się z naszych ziem, a nie przybyłych z nad morza Śródziemnego. A już tym bardziej egoizmu nie uczy, a wręcz przeciwnie. Jestem ciekaw kto autorowi takich głupot ktoś naopowiadał, że wiara pogańska uczy egoizmu i braku duchowości?

Potencjał, jak widać, jest jeszcze mocniej ograniczony niż powierzchnia lewackiej świetlicy. -pch24.pl

Świetlica na 8 miejsc? Świetlica? Takie obrzędy robi się na powietrzu, a nie w budynku. To dodatkowo pokazuje jak bardzo gdańska inicjatorka nie zrozumiała tradycji Słowian. Tak dla informacji autora, zapleciny są w różnych terminach i takie obrzędy są bardziej liczne niż 7 dzieci, i bardziej przyjemne dla dzieci i dorosłych.

Poniżej zdjęcie z wydarzenia, a pozostałą fotorelację można obejrzeć tutaj: http://www.krytykapolityczna.pl/fotorelacje/20160612/fotorelacja-postrzyzyny-zapleciny

_dsc1683.jpg


Poniżej trochę komentarzy:

Miś:

Nie wiem co ta cała opisana „akcja” ma na celu, ale jedno, że większość tzw. „pogan” nie ma nic wspólnego z lewakami – a nawet wręcz przeciwnie; drugie, że to taka sama obraza dla „pogan”, chrześcijan a nade wszystko dla inteligencji …

Vicky
Interesujące… wszyscy „poganie” (tak w ogóle to jest to termin obraźliwy) ze mną włącznie których znam to konserwatyści do bólu, przy tym patrioci i nawet nacjonaliści..

Tomasz B.

Mimo, że artykuł pisany przez katolika, który siłą rzeczy musi wrzucać rodzimowierstwo i ateizm do jednego worka, to jednak uwidacznia jedno groźne moim zdaniem zjawisko zawłaszczania rodzimowierstwa przez skrajną lewicę, która takiego „rodzimowierczego erzatzu” pozbawionego treści, a ograniczonego jedynie do formy, chce używać jako przykrywki do wdrażania swojej ideologii, z którą zarówno chrześcijanom jak i rodzimowiercom nie po drodze. Dlatego np. uważam za duży błąd współpracę pomiędzy Igorem Górewiczem, a Witoldem Jabłońskim, człowiekiem o poglądach skrajnie lewicowych, który teraz szuka poklasku wśród rodzimowierców, ponieważ odrzucił go fandom fantastyczny za skrajnie zideologizowane, w gruncie rzeczy kiepskie powieści jak tetralogia o Witelonie, gdzie ze śląskiego pioniera optyki zrobił homoseksualistę, czy „Fryne Hetera”. Moim zdaniem powinniście ( sam rodzimowiercą nie jestem, ale sympatyzuję, widząc w tym ruchu religijnym realną alternatywę dla ulegającego ciągłej erozji od czasów Soboru Watykańskiego II katolicyzmu ) zdecydowanie odżegnywać się od takich akcji, a ich inicjatorów krytykować. Inaczej Wasze obrzędy skończą w jednym rzędzie z poezją Jasia Kapeli.

Grzegorz W.

>>Z kolei współczesne neo-pogaństwo to skrajnie wypaczony – ale jednak jakiś – system wierzeń odwołujących się do czasów przedchrześcijańskich.<<<
Co za arogancja. Nienawidzę tego tonu u katolików. Potem dziwią się, że duża część (neo-)pogan to antyklerykałowie. Też jestem antyklerykałem, ale raczej z racji tego, że to w logicznym interesie moim, moich bliskich i narodu. No i nie jest to istota mojej religijności.

>>> – Damy im wybór bez względu na płeć, czy chcą przejść Postrzyżyny (symboliczne obcięcie kosmyka włosów) czy Zapleciny. Jeden i drugi rytuał dostępny jest i dla chłopców, i dla dziewczynek – powiedziała trójmiejskiej „Wyborczej” Anna Kłonkowska, inicjatorka wydarzenia i pracownica Uniwersytetu Gdańskiego, którą „interesuje socjologia płci i ciała”. <<<
Od kiedy tacy ludzie są rodzimowierczymi autorytetami? Ktoś zna w ogóle tę kobietę, wie, kim jest i czy ma blade pojęcie o słowiańskiej wierze?

Całokształt uznaję za dziwaczną hybrydę, jakąś chimerę, której wewnętrzne sprzeczności nie pozwolą na długie życie o wielkim potencjale. Obym się nie mylił.

A tak w ogóle to ta pani socjolożka troszku nie na czasie jest z lewackimi pomysłami na płciowo-seksualne aspekty tożsamości. Niech poczyta o queer, to jasne podziały na postrzyżyny i zapleciny stracą dla niej znaczenie. Nie można wszak zamykać się przesadnie w schematach.

Patryk W.

Smutne i wkurwiające jednocześnie jest to, że kolejne środowisko zawłaszcza sobie naszą obrzedowość, wypaczając ją na swoją modłę, w imię tępego antyklerykalizmu.

Bogna Jurata Serafińska – Peperuda

 

perperunaW motylu się skryłaś, Królowo,
Twe imię brzmi tak zagadkowo…
Lęk, tajemnica, majestat…

To motyl, królewski amulet
Zawiera tajemną formułę,
Co wielka lecz i bolesna.

Pardżanja albo Dodola…
Tak różnie twój lud cię woła,
A przecież tyś Perperuna…

Królowa, Bogini, Matrona,
Peruna – Wszechwładcy żona,
Władczyni złotego runa.