Opowiadanie – Post mortem est nulla voluptas

Opowiadanie napisane przez osobę przedstawiającą się jako Reekiel, 15 czerwca 2011 roku. Jest to opowiadanie czysto amatorskie młodej dziewczyny, zainspirowany słowiańskim panteonem.

Post mortem est nulla voluptas

veles_by_silni-d4xgv9gDrgania, przyjemnie beżowego dla oka , płynu rozeszły się uderzając o porcelanowe ścianki niczym maleńka seria tsunami. Mężczyzna pochylający się nad naczyniem chuchnął nań przekornie i pieszczotliwie wymieszał go srebrną łyżeczką, opatrzoną misternym wzorkiem składającym się z liści akantu, u nasady. Postukał nią o gładkie wykończenie filiżanki rozmazując kropelki po mlecznych ściankach i odłożył ją na spodeczek wierzchem do dołu. Powoli, nieśpiesznie uniósł filiżankę do ust i napawając się przyjemnym, orientalnym aromatem upił odrobinę cieczy uśmiechając się błogo. Odstawił filiżankę obok łyżeczki, idealnie na środku spodeczka i podniósł wzrok. Jasnoniebieskie oczy zlustrowały przybysza od stóp do głów. Uśmiech zniknął z jego twarzy zostając zastąpionym przez grymas  pozornej obojętności.

– To dość nietypowa propozycja… – powiedział naraz nadzwyczaj pogodnie i poprawił serwetkę z jasnym wzorkiem, która nie wiedzieć czego się zagięła. Gdy stwierdził, że jest idealnie prosta powrócił wzrokiem na swojego gościa- Szczególnie, że składasz ją mi ty, Azraelu, Aniele Śmierci.

Oczy mężczyzny obserwowały Anioła czujnie, ale ten uśmiechnął się tylko krzywo i założył nogę na nogę w geście aprobaty jak gdyby to miało wystarczyć za odpowiedź. Jasnooki zrobił krótką przerwę na zaczerpnięcie oddechu. Pozbawione źrenic oczy Anioła Śmierci niezwykle go dekoncentrowały.

– Po za tym – stwierdził, dopiero po chwili wracając do głównego wątku – Mamy tę samą robotę. W sumie powinienem powiedzieć  „mieliśmy”, bo jestem na emeryturze. Przymusowej, ale jednak. Nawet przez taki okres czasu powinieneś się nauczyć, jak sobie samemu radzić. Nikogo tak naprawdę nie obchodzą twoje problemy. A ty nic. Myślisz, że jak obrosłeś w piórka na plecach to wystarczy- filiżanka znów przemierzyła odległość od spodeczka do ust mężczyzny- A jeśli nawet bym ci pomógł, to co z tego będę miał? Ostatnio, jeśli się nie mylę, jakieś 4 lata temu chciałeś mnie wpakować w ładne, betonowe lokum pod ziemią ze starym, używanym sarkofagiem, żebym miał na czym sobie posiedzieć, gdy mnie najdzie ochota. Dla towarzystwa nawet mi mumię zostawiłeś, tylko taka jakaś nieruchawa była. Twój plan miał pewną drobną wadę, bo jak sam potem zauważyłeś, okazało się, że JEDNAK jestem tym SŁOWIAŃSKIM BOGIEM ŚMIERCI i pluję na zamurowanie żywcem… Nawet jeśli istotnie ten sarkofag był gustowny.

– Czepiasz się, Weles – odparł szeptem anioł, ale jego chrapliwy i dźwięczny głos wyraźnie było słychać w zagraconym  gabinecie słowiańskiego bóstwa – Podszedłem do tego pozytywnie. Miałeś grzecznie poczekać, aż przyjdę z eskortą. Choć raz wykazałbyś pokorę, poganinie. Niebo i tak jest w stosunku do ciebie niewiarygodnie cierpliwe.
– Aj, Aniołku, nie zaczynaj znowu śpiewki o pogaństwie i jakie ono miało zły wpływ na ludzi. Myślałem, że mój ostatni wykład o fundamentach czysto socjologicznych był wystarczająco wciągający i na tyle przejrzysty, że nawet twoje, chrześcijańskie myślenie zdołało to przyswoić, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi – w głosie Welesa słychać było kpinę. Bóstwo podsunęło sobie filiżankę pod nos zaciągając się zapachem kawy i westchnęło teatralnie – Po za tym, robisz z siebie, że tak powiem… idiotę. Aniołku, twoje towarzystwo mi przeszkadza i nie pasujesz  do wystroju tego ładnego, staromodnego wnętrza. Ponadto,  nie patrz się tak na moje pelargonie. Do roślin trzeba podchodzić z czułością, a ty właśnie zabijasz je wzrokiem w najbardziej perfidny sposób, w jaki można zabić roślinę.

Azrael zignorował  większą część wypowiedzi słowiańskiego boga śmierci, ale posłusznie podniósł wzrok znad kwiatków na punkt tuż nad głową Welesa. Najlepszym rozwiązaniem było po prostu nie dać  się wciągnąć w te dziecinne gierki, w których bóstwo było mistrzem… Ale Azrael nie mógł sobie odmówić choć odrobinki złośliwości. Nikt mu tego przecież nie zabrania, prawda?

– Rozumiem czego się tak martwisz o te pelargonie. Są tak do ciebie podobne, Weles: proste, niewymagające, zwyczajne i pospolite… Można je znaleźć na każdym balkonie.
– Proszę państwa, odezwał się znawca. A ty co hodujesz na parapecie? Lilie? Takie wiesz, bialutkie, czyste i niewinne…  Niczego nieświadome…?

Azrael zmrużył oczy i rozsiadł się wygodniej na krześle, które prawdopodobnie w najlepszych latach użytkowania stało w wytwornym francuskim dworku, teraz skrzypnęło potępieńczo, zdradzając swój wiek.
– Nie przyszedłem do ciebie rozmawiać o florystyce. Mamy problem.
– O nie, aniołku. To ty masz problem. Ja przestałem mieć problemy jakieś tysiąc lat temu. Pamiętasz? Rok 966. Świta pod aureolką? Mam ci przypomnieć? A chętnie, ja tak bardzo lubię wspominać! – Weles położył łokcie na stole uśmiechając się jak zadowolony bazyliszek- To był taki piękny, kwietniowy poranek. Znad wschodu wiał ciepły, wiosenny wiatr, niebo było czyste, ani jednej chmurki, południce pochowały się po lesie, tylko wodniki szemrały w tataraku, kłócąc się o pierdoły. Siedziałem sobie na werandzie mojego ślicznego domku…
– Mieszkałeś na bagnie.
– Cicho, nie przerywaj mi… Więc siedziałem sobie na werandzie mojego ślicznego domku i myślałem sobie, jakiż to piękny dzionek…  Nagle jak tu jak nie pieprznie gdzieś z tyłu chałupy. Zaskoczony, patrzę, a tu biegną w moim kierunku takie poubierane w prześcieradła maszkarony z obrączkami nad głową i skrzydłami na pół mojej chałupy. Przyglądam im się i zacząłem się zastanawiać, czy to nie jakaś nowa, dzika moda, czy może akwizytorzy, ale kurde nie. Zbyt osobliwe to, to było zjawisko. Podeszli bliżej, gapiąc się na mnie podejrzliwie i gadają, że mam się poddać, bo inaczej zostanę nową formą durszlaku, gdy nabiją mnie na swoje włócznie… Czy coś tam. Tak, Azuś, oni mieli włócznie. Takie kurde ostre. Idealne do robienia grilla. Kto to widział dawać takie narzędzia dzieciom do rąk, nic tylko krzywdę sobie zrobią. Zamiast się poddać, pokazałem im, że mam ich daleko i głęboko,  a oni, nie wiedzieć dlaczego, zaczęli mnie gonić. Rzucali przy tym podejrzanie brzmiącymi kodyfikacjami po łacinie, a ja spierniczałem w cholerę mając nadzieję, że potopią się w bagnach. Nie to, że się bałem. Po prostu mnie kompletnie zaskoczyli, a zaskakiwać, zaskakiwał mnie tylko ten gnój, Perun, więc… Zresztą nieważne. Okazało się, że te maszkary są zahartowane jak diabli, no to skręciłem na łąki targany dziwnym impulsem. W końcu nie będę biegał jak debil po bagnach, bez efektu, który zamierzałem osiągnąć, prawda? Tam się zakotłowało, bo moi oprawcy nie wyhamowali przed ospałymi i tępawymi duszami ludzkimi, i najprawdopodobniej wyrżnęli w tę wielką ciemną masę, która sobie beztrosko po tych łączkach wędrowała. Obiecałem sobie, że jak tylko dorwę te parszywe Rodzanice, zasrane boginie losu to mnie popamiętają, do końca swojego i tak nudnawego żywota. Pech to pech, i BUM, uciekając nie zauważyłem kompletnie gdzie właściwie nogi mnie niosą  i wpadłem prosto w twoje plecy, boleśnie tłukąc sobie nos. Nadal bladego pojęcia, coś tam robił, liczyłeś te dusze, czy jak…? Nie odpowiadaj! –  krzyknął na Azraela, który już otwierał usta – Ani mi się waż…! Dobra, gdzie to ja…  a! Zanim zdążyłem się podnieść i odzyskać świadomość po spotkaniu pierwszego stopnia z twoimi kręgami piersiowymi, to ty zdążyłeś mnie podnieść  wcześniej do pionu, otrzepać i powiedzieć coś, czego zresztą nie zrozumiałem. Coście się tak uparli aby mówić, po łacinie, e? Potem trybiki w głowie znów podjęły pracy, strzeliłem ci finfę w nos i zwiałem. Niestety twoich skrzydlatych ziomków było dużo, dużo więcej niż się spodziewałem. I, żeby nie było mi za smutno, skonfiskowaliście mój dobytek i moją konnicę. NADAL JEJ NIE ODZYSKAŁEM, KRADZIEJU JEDEN! Obiecuję, że jak się dostatecznie wkurzę to w końcu gdzieś to zgłoszę…  Do RSPCA na przykład! A jak nie, to znów będę go szukał… – oczy Welesa sypały iskry. Słowianin spojrzał w bok i umilkł nagle nienaturalnie, co u Azraela wywołało tylko uniesienie brwi.

Owszem. Weles miał słuszność, bo naprawdę, w wielkim skrócie, tak to wyglądało, oczywiście pomijając wstawki odautorskie Welesa o pięknym dniu, łąkach pełnych dusz oraz wietrze znad Ukrainy. Ale tak, to wszystko się zgadzało.

Anioł spojrzał na Welesa. Bóg śmierci nie drgnął nawet na centymetr. Na oko miał może ze dwadzieścia parę lat, był średniego wzrostu, oscylującym nad górną granicą magicznego 175 centymetrów, a z grzywą jasnych włosów, wyglądał z lekka niewinnie i dużo młodziej niż na swój wiek. Azrael  jednak nauczył się w ciągu swojego całego życia, że pozory mylą. A pozory w przypadku Welesa mogły okazać się bardzo niebezpieczne.

Jedyną rzeczą, która mogła wskazywać na właściwą swej naturze profesję Welesa, były jego oczy. Były to tak niebieskie, że aż prawie przezroczyste, inteligentne, należące do wytrawnego szachisty oczy, na których ciemnym punktem odznaczała się tylko granatowa źrenica.

Azrael i bóstwo poznali się w dość niemiłym momencie, podczas desantu na Nawię, słowiańską krainę umarłych. Rozkazy z góry były jasne: ratować dusze, bóstwa spacyfikować, ale ogółem jednak nie wyrywać się przed szereg. Najtrudniej szło im właśnie z Nawią, bo bądź, co bądź były to bagna, puszcza tak gęsta, że trzeba było przemierzać całą drogę na nogach, a nie jak Pan Bóg przykazał na skrzydłach. Weles był najbardziej upartym bogiem, jakiego Azrael widział. Znał swoje terytorium jak własną kieszeń. Byłby zwiał, gdyby nie znaleźli jego wierzchowca. Do tej pory Anioł Śmierci nie miał pojęcia, co zrobiono z tym zwierzakiem, ale tak imponującej klaczy nie widział w całym swoim, dość długim, żywocie. Miała gładką, czarną sierść, a majestatyczne spojrzenie srebrnych oczu wskazywało na niezwykłą inteligencję zwierzęcia. Pod jej skórą grały mocne, potężne mięśnie, naprężone w grymasie złości. Wcale nie tak łatwo było ją poskromić.

Zdając sobie sprawę z własnego położenia, Weles poddał się, chociaż z wielkimi oporami… Ale zaproponowaną przez górę „emeryturę” przyjął z godnością. Emerytura pozwoliła mu zostać na Ziemi pozostawiła podstawowe umiejętności boga śmierci, którymi dysponował, ale obszarpała go z atrybutów, z których czerpał swą potęgę i władzę oraz zakazała szukać wejścia do Nawii. Piękny, złoty tron z ciemnymi obiciami, u podnóży Drzewa Kosmicznego, posadzonego na samym środku bagna, miał już na zawsze pozostać pustym i odległym.
Zresztą… Weles nie był jedyny. Postępowano tak ze wszystkimi bóstwami- dawano im wybór, tych co oporniejszych siłą zmuszano do przejścia na emeryturę. Ci, którzy mimo prób siłowych dalej się buntowali zostali zamknięci w specjalnie spreparowanych dla nich miejscach, do których klucze miał św. Piotr. Jedno, przeznaczone dla bogów słowiańskich znajdowało się na Giewoncie, ale Weles nie musiał o tym wiedzieć… Jeszcze przyszłoby mu do głowy coś niestosownego. Najważniejsze, że chrześcijaństwo się przyjęło, rozkwitło, a ludzie dość szybko zapomnieli o dawnej religii. No, prawie, naleciałości pozostały w tradycji, ale tylko w tradycji.

Słowiański bóg śmierci w przeciwieństwie do Zeusa czy Ozyrysa był nieobliczalny i piekielnie inteligentny. Potrafił kalkulować, przede wszystkim myśleć logicznie i wyciągać odpowiednie wnioski. Kilka razy anioł dał się nabrać na to nonszalanckie, z lekka dziecinne zachowanie i potem tego żałował. Weles, nigdy nie robił nic, co nie przyniosło by mu jakichkolwiek korzyści. Posiadanie satysfakcji ze zrobienia „dobrego uczynku” nie wchodziło u niego w grę. Anioł miał również okazję poznać bogów śmierci każdej religii, wszystkie demony i istoty, w które kiedyś wierzyli bądź nadal wierzą ludzie. Jego robota była, jest i będzie parszywa, ale musiał być przy wszystkich okupacjach ze względu na dusze. Nikt inny nie odważyłby się ich pozbierać, policzyć, pogrupować i wysłać na Sąd do Góry.

Aniołowie wraz z aniołem śmierci na czele wyróżniali się wśród tych wszystkich istot. Bóstwa nie były doskonale, były za to bardzo ludzkie, popełniały błędy, targały nimi namiętności i żądze. Anioł Śmierci natomiast był tym, któremu pomaga Bóg, był doskonałym tworem boskiej machiny stworzenia, duchem, posiadającym duszę i wolną wolę. Był władcą dusz po ich śmierci i to tylko dlatego, że raz wykonał rozkaz Boga, nie dając się ubłagać Ziemi, aby nie zabierał z niej płodów rolnych. Miał brązowe długie włosy, poskręcane na końcach, odrobinę zakrzywiony nos i oczy koloru karmelu, pozbawione źrenic.
Azrael był archaniołem. Gdy została stworzona śmierć, była tak straszliwym zjawiskiem, że tylko ktoś o niezmiernej mocy mógł stać się jej panem. Aniołowie zdecydowali, że to właśnie Azrael powinien być jej powiernikiem. Sam wytypowany tylko do pewnego czasu myślał, że jest jedynym panem tego nieobliczalnego artefaktu. Dopiero kampania archanioła Michała dała mu do zrozumienia jak bardzo się mylił.

– Widzę rozmarzenie na twojej pociągłej mordeczce – odparł Weles uśmiechając się jak kot do myszy, która nie ma gdzie uciec i prawdopodobnie zostanie obiadem – Wracamy na ziemię, aniołku, to jeszcze nie fajrant.

Azrael zamrugał, a jego spojrzenie skrzyżowało się z ciekawskim wzrokiem słowiańskiego bóstwa. Tęczówki Welesa jarzyły się odrobinę, odznaczając się wyraźnie w półcieniu jaki padał na jego twarz. W gabinecie panował półmrok.
– Wybacz, uciekłem trochę myślami, co nie zmienia faktu, że nie widzę potrzeby, abyś wygrzebywał przedpotopowe brudy – Azrael podwinął rękawy. W oczy Welesa rzuciły się szlaczki drobniutkich, misternie wydzierganych, na nadgarstkach, symboli i słów w anielskim dialekcie, ale zignorował je, kierując swoje myśli na zupełnie inne tory. Anioł natomiast rozejrzał się odrobinę.

Biurko Welesa było zawalone najróżniejszymi szpargałami, po prawej stronie stała  na mosiężnych nóżkach lampka ze wściekle pomarańczowym abażurem, zaraz obok niej w chaotycznym nieładzie piętrzyły się teczki i papiery zapisane niedbałym pismem, przypominającym to lekarskie na receptach. Słowianin bawił się w zadumie kruczym piórem, które nie wiadomo skąd wytrzasnął.

– To już wiem, mój drogi Aniołku. Dobra, meritum. Meritum jest ważne. W niebie dają takie nieśmiertelniki? – Weles wskazał niedbale  kruczym piórem na szyję anioła. Tuż obok mosiężnego krzyżyka z krwistym oczkiem, wisiała maleńka plakietka – Mało oryginalnie, wiesz? Pisać tak sobie własne imię, tylko po arabsku…
– Znów się czepiasz – westchnął Azrael bezradnie.
– Czepianie się, jest wyznacznikiem gustu, jak mawia nasza droga Hel. Też ją pamiętasz, nie? Na pewno ją pamiętasz, musisz ją pamiętać, taką wam zrobiła rozpierduchę tam w Sleetcold1, ne? Urocze miejsce na zaświaty, nieprawdaż…? Zresztą, zapomniałbym. Nasza pół-trupka serdecznie cię pozdrawia i żałuje, że nie może z tobą bezpośrednio porozmawiać. Próbuje znaleźć swojego ojca Lokiego i swojego brata Fenrira, którego nawiasem mówiąc gdzieś zgarnęliście. Wcale nie domyślam się z dlaczego Hel tak się poświęca – słowiański bóg śmierci uśmiechnął się brzydko – Chciałbym mieć takie ciekawe rodzeństwo jak ona… A tak to mam Peruna i nawet nie wiem, czy faktycznie jest moim bratem… Ale na pewno jest dupkiem.

Azrael na wspomnienie Hel, aż zmrużył oczy. Nordycka bogini śmierci nie należała do najprzyjemniejszych. Ba, była tak przyjemna jak kąpiel w Morzu Arktycznym.
– Mam problem – odparł anioł ignorując ostatnią wypowiedź Welesa – I chciałbym, abyś mi pomógł…
– No proszę, teraz możemy rozmawiać… Zawsze do mnie wszyscy lecą ze swoimi problemami. A może byś tak z raz poprosił Hadesa, co? On aż się pali do pomocy. Normalnie czuć już tutaj swąd spalenizny.
– Hades z pewnością podszedłby do sprawy dużo poważniej niż ty, ale pragnie rzeczy, których nie mogę spełnić. Po za tym, nie uśmiecha mu się, że musi się dzielić zyskiem z Charonem, który po raz piętnasty składa apelację w sprawie „zaniżenia płacy”, więc Hades zawsze próbuje wyłudzić więcej, pod pretekstem np. „dokarmienia swojego małego szczeniaka”. Jeśli Cerber jest szczeniakiem, to ja jestem syrenką z morskiej pianki – ręka Anioła Śmierci zacisnęła się w pięść.

– To może Ozyrys? Na pewno ci pomoże, oczywiście jak pozbiera wszystkie swoje kawałki2
Azrael spojrzał na Welesa pobłażliwie, a ten tylko się wyszczerzył, ukazując nad wyraz białe zęby.
– Skąd wiesz, że nie zażądam od ciebie czegoś nie do spełnienia, hm? – Weles odłożył krucze pióro na spodeczek i z powrotem stało się łyżeczką.
– Bo jesteś z nich najrozsądniejszy. Ja osiągnę co będę chciał, a ty też coś na tym zyskasz. Jesteś inteligentny Weles. Zdążyłeś już wykalkulować czy to się ci opłaci.
m- Zważywszy na moją nikłą ZUS-owską emeryturę byłbym skłonny się zgodzić… Ale dlaczego od razu tak formalnie? Nie możemy jeszcze porozmawiać o starych dobrych czasach? Wiesz, ostatnio razem z Ozyrysem zorganizowaliśmy sobie spotkanie w takim starym dworku gdzieś na Ukrainie… Białorusi… No, na wschodzie. Sprosiliśmy inne bóstwa, przede wszystkim śmierci, no i powstał taki „zjazd cechu”, czy coś. Wiesz, my bóstwa śmierci raczej lubimy własne towarzystwo – Weles spojrzał na Azraela krytycznie – Mniejsza. Przyniosłem trochę czeskiego piwa, zabrałem kilka rusałek tak dla umilenia czasu podróży, no i wio. Żałuj Azrael, że nie łazisz na takie imprezy. Chętnie byśmy z tobą pogadali, wiesz, pogralibyśmy w pokera, powspominali kampanię Michaela itd. Eh, znów się niemiłosiernie zapędzam w wywody, zamiast przechodzić do konkretów. Wracamy. Stanąłem u stóp tego dworku, no i tak czaję się trochę, bo nie wiem, czy mam wejść od frontu, czy nie pozakładali jakiś straszaczy na ludzi… Wyobraź sobie, co by to był za chaos, gdyby jakiś śmiertelnik- niedzielny odkrywca wparował do takiego dworku, a tam kilkanaście bóstw podejrzanego pochodzenia, gra w karty, popija jakieś trunki, ewentualnie wykłóca się o byle co. Afera na najbliższe 20 lat, gość ląduje w psychiatryku z urazem mózgu.  Zdecydowałem, że wejdę od frontu. W przedpokoju powitały mnie mumie kotów i coś, co wyglądało jak skrzyżowanie krokodyla z rozrusznikiem od bombowca. No wiesz, ta od sądu egipskiego… no… o! Ammit, słodka Pożeraczka Dusz! Najwyraźniej Ozyrys zabrał pupilkę ze sobą, a Neftyda zabrała te sparchaciałe koty. Ozzy to musi mieć w chałupie z nią przerąbane. Myślę sobie, dobra, Weles, przetrwasz, nie tarzałeś się w kocimiętce, więc się nie będą do ciebie łasić. Wspominałem, że nie lubię kotów? Paskudne zwierzęta, nic tylko się lampią. Idę więc przez korytarz,  nieopatrznie,  oczywiście depcząc po tych kocich trupach i wchodzę do głównej sali. W sumie przyjemna dla oka sceneria, taka jak z nawiedzonego domu: porwane zasłony, wilgotno, powybijane okna i majestatyczna, zeżarta przez mole głowa jakiejś zebry, gapiąca się na gości z istną pogardą w bursztynowych oczętach. Na środku stało kilka stołów, były jakieś ławki i dostrzegłem moich znajomych. Na początku wiało nudą, nic się nie działo, ale alkohol otwiera nie tylko ludzi. Jak się rozochociliśmy to zaczęły się rozmowy z natury egzystencji. Ozyrys przyniósł tę swoją Księgę Umarłych i zacząłem ją przeglądać. Wiesz doskonale, że jestem koneserem dobrej literatury. Azrael, przysięgam na korzenie mojego Drzewa Kosmicznego- takich głupot to ja w życiu nie czytałem! Wyobraź sobie, że Egipcjanie w to uwierzyli i postępowali tak, jak ta książeczka im mówiła. Mózg przez nos wyciągali, uwierzysz? Ba, Ozyrys też tego nie kapuje, mówi, że on to pisał po jakimś winie trzcinowym i w sumie tak sobie to pisał dla jaj. A tu wiesz, Egipcjanie podchwycili i dawaj, mózg przez nos szczypczykami! U nas Wiły by bogom żyć nie dały, a tu Ozyrys wyskakuje z czymś takim i się jeszcze przyjęło!  Naprawdę musiał się nawalić, takich idiotyzmów Azuś, to nie czytałem nawet w tych waszych super-tajnych, anielskich raportach… Po za tym,  Hel się znów na mnie obraziła, wiesz? Ostatnimi czasy, strasznie się nerwowa zrobiła, a ja tylko powiedziałem „żeby pokazała ten swój lepszy profil”. Fakt, podchmielony troszkę byłem, no ale… Nie zrozumiem kobiet. To dziwne stworzenia… A  Hel to już w ogóle… – Weles dopił kawę i przesunął filiżankę na lewą stronę biurka, spoglądając na nią tęsknie.
Azrael przywołał na twarz wyraz obojętności, złośliwie w myślach stwierdzając, że Hel mogłaby Welesowi w końcu przyłożyć. Skandynawska bogini śmierci z jednej strony była naprawdę czarującą kobietą. Z drugiej jednak strony rozkładającym się trupem. I to w najbardziej dosłowny sposób w jaki się dało.
– Możemy wrócić do konkretów? Czy twoje uzależnienie od kawy, nie pozwoli ci dalej funkcjonować?
– Moje uzależnienie od kofeiny jest spowodowane tylko i wyłącznie przez Mietka3, który dał mi jej skosztować. Nie patrz tak na mnie, Mietek to ten od Azteków, nigdy nie potrafiłem dobrze wymówić jego imienia… Eh, na Wyraj, bajeczną krainę do której odlatują ptaki na zimę, przestań być taki cholernie formalny. Mamy sporo czasu. Ba, nas czas nie obejmuje. Istniejemy po za nim.

– Zauważ, że jestem aniołem śmierci – syknął Azrael – i chociaż sekunda trwa dla nas obydwóch nieskończenie wiele czasu, to w ciągu tej sekundy umiera około 3 ludzi, którzy mogą być na różnych kontynentach, a ja pracuję.
– Nie do mnie z tym. Ty sam tutaj przylazłeś, więc twoja sprawa… A właśnie. Nadal wyciągasz dusze przez nos, jak nasi egipscy koledzy móżdżek? – spytał Weles zgryźliwie.
– Twoje impertynencje na temat mojego sposobu pracy pozostaw dla siebie. Do nosa przytykam tylko Jabłko z Drzewa Życia, a potem… Zresztą, nie będę ci zdradzał tajników mojej profesji. Każdy ma swoje sposoby – zawyrokował Anioł ostro.
– No wiesz – bóstwo śmierci splotło palce – Spodziewałem się jakieś kosy, wielkiego szumu i atrakcji typu grzmoty, błyskawice itd., a dostaję jabłko. Widzę, że pracujesz dyskretnie. Przynajmniej w tym jesteśmy podobni. No i mamy te same priorytety, prawda? A naszym priorytetem jest przecież bydło… Znaczy, dusze ludzkie, prawda Aniołku?
– Czy możesz skończyć ten słowotok, Weles? Chciałbym CHOLERNIE przejść do konkretów. Mnie również nie bardzo odpowiada twoje towarzystwo, ale aż tak się z tym nie obnoszę!
– Ależ nie krępuj się, Aniołku. Nikt nie powiedział, że się zgodzę, na to, co powiesz.
Azrael westchnął zrezygnowany i założył nieposłuszny kosmyk włosów za ucho. Położył dłonie na biurku w geście szczerości. Wiedział, że Weles zwraca uwagę na takie drobnostki.
– Nie wtajemniczę cię, dopóki się nie zgodzisz.
– Mam się zgadzać w ciemno? To kretynizm. Znasz anegdotkę o dziewczynie, która wydała na siebie wyrok na szubienice, bo też się zgodziła w ciemno? Nie chcę być takim dziewczątkiem!
– Zapytaj więc, tych swoich pozostałych dwóch głów, może okażą się mądrzejsze- stwierdził kąśliwie anioł.

Weles spojrzał na Azraela krzywo.
– Moje dwie głowy zostały dorobione przez folklor i przez mylenie mnie z Trzygłowem… Wytłumacz mi więc może, dlaczego anioł z siedemdziesięcioma tysiącami stóp, czterema tysiącami par skrzydeł, w którego ciele znajduje się tyle oczu, ile ludzi żyje na świecie, może mieć większy problem niż kwestię „o cholera, do którego oka wpadł mi akurat paproch?”
– Bez sarkazmu, Welesie. To ty swoje niedoskonałości urody ukrywasz pod grzywką, swoją drogą artystycznie dość zaczesaną.
Bóg śmierci zmrużył oczy i spojrzał na Azraela z niechęcią.
–  Źle spałem – wyjaśnił – Moje żółte znamię ma się świetnie jeśli o to pytasz. I nie, nie żałuję, że ukradłem Perunowi tą krowę. Spadając na ziemię, owszem, potłukłem sobie trochę tyłek, ale to nie zmienia faktu, że warto było zobaczyć jego minę. Po za tym, nie wiesz, że blizna jest znakiem potęgi? W takim Harrym Potterze na przykład!
– Po pierwsze – anioł wolał uściślić pewne kwestie – Masz znamię, a nie bliznę. Po drugie: co to do cholery, jest Harry Potter?
– Widzisz, aniołku, emerytura to dobra rzecz, mam mnóstwo czasu na poznawanie nowej kultury królującej w obecnych czasach. Jesteś niezwykle zacofany pod tym względem. Harry Potter to książka takiej jednej Angielki. Jak będziesz miał czas, a podejrzewam, że nie będziesz miał to poczytaj, żebyś w towarzystwie nie wyszedł na jakiegoś frajera. Jak można tego nie znać?!
– Zgadzasz się, czy nie? – zapytał Anioł ostro, zupełnie ignorując Welesa.
– A co ja z tego będę miał?
– A czego chcesz?
– Pomyślmy… Przeliczając zyski i straty, wartość ogórków w tym roku oraz prawdopodobieństwo podwyżki cen musztardy w następnym, dodając do tego wskaźnik PKB i przyrost naturalny państw słowiańskich i nie zapominając oczywiście o podatku VAT, PIT, CIT i jeszcze akcyzie na towary posiadające już tą akcyzę… – Weles zamyślił się na moment – Chcę skserować twoją książeczkę. Tę z nazwiskami ludzi i datami kiedy wykitują.
– Nie- odparł anioł zimno.
– No to… Hm… Może chociaż rozdział? – drążył temat
– Nie.
– 20 kartek?
– NIE.
– 10 kartek? – Weles nie zamierzał odpuszczać
– NIE. – odparł po raz kolejny anioł, wyraźnie tracąc cierpliwość.
– 5 kartek?
– NIE, KURNA.
– Trzy kartki?
Azrael westchnął głęboko, masując skronie.
– Weles, nie mogę dać ci skserować tej książki, bo tylko ja mam do niej wgląd jako pan śmierci. Dostanie mi się jak ci pozwolę. I to tak dostanie, że zapamiętam to, do końca swojego nieśmiertelnego żywota!
– Do jasnej cholery, Azraelu, ja też jestem panem śmierci. Przez kilkaset lat nim byłem. Więc możesz mi dać przynajmniej ją pooglądać, tego ci Góra akurat nie zabroniła, nie?!
– Zastanowię się.
– Dobra, w zastaw chcę jeszcze pióro Feniksa, bo to moje do pisania już się nie nadaje  i moją czarną kobyłę.
– Pióro załatwię, o koniu zapomnij.
– Ale to moje zwierzę jest, Azek.
– Weles, odkąd tylko zaczęliśmy „współpracować” zawsze wracasz do swojego konia. Nie dostaniesz go. Zarządzenie z góry. Przyzwyczajaj się do tej myśli.
– Zarządzenie ze śmury. Chcę ją przynajmniej zobaczyć… No wiesz, upewnić się, że nie przerobiliście jej na konserwę, albo jakiś dywanik.
Anioł śmierci spojrzał na Welesa krzywo, a ten tylko się uśmiechnął, zupełnie jak dzieciak
– No więc?
– Pamiętaj, że jestem też bogiem przysięgi – Weles stwierdził pogodnie, znów bawiąc się łyżeczką – Jak się na mnie wypniesz to dostaniesz skrofulozy4 i nie, nie odwiedzę cię w szpitalu.
– Niezmiernie się tego obawiam – anioł stwierdził kąśliwie i podsunął hebanowe krzesło bliżej biurka. Już otwierał ostro zarysowane usta,  ale Weles był szybszy w wyrażaniu myśli.
– A pamiętasz jak to się ostatnio skończyło, Aniołku?

vedun_by_silni-d6hn1g1

Źródło: http://rekieel.deviantart.com/

Zwyczaje i obyczaje – materiały etnograficzne Józefa Ciochonia 1870 roku – cz. 3

Jest to trzecia część artykułu z materiałów etnograficznych Józefa Ciochonia, pierwszą część można znaleźć tutaj, zatytułowaną jako STRACHY, drugiej znajdują się PODANIA ludowe.

ZWYCZAJE I OBYCZAJE

1. WESELE

Przy weselach. Jeżeli kawaler, albo wdowiec stara się o rękę dziewczyny po zawartej już znajomości udaje się z dzbankiem piwa do narzeczonej, a jeżeli to jest młodzieniec idzie z ojcem. Tutaj robią układy małżeństwa, a jeżeli te przyjdą do skutku dają na zapowiedzi i następuje wesele, Jeżeli wesele jest wystawniejsze i u majętniejszych ludzi, trwa 4 dni, zaczyna się ślubem w poniedziałek rano. a kończy się w wieczór we czwartek.

Włodzimierz Tetmajer, Wesele

W niedziele w wieczór przychodzą drużbowie, których liczba jest zwyczajnie 4 i starosta wesela pod okna panny młodej razem ze skrzypkami i grają i śpiewają: „Dobra nocka, koło północka”. Nie będąc na wakacjach w rodzinnej wsi nie mogę przytoczyć piosenki.

Potem ojciec panny młodej wychodź i zaprasza gości do izby. Traktuje ich trunkiem i jedzeniem; tańczą około 2 godzin i udają się potem do pana młodego. Tam powtarza się to samo. co u panny młodej i śpiewają za oknami panu młodemu.

W poniedziałek od rana wybierają się do ślubu. Dróżki, których liczba jest nierównie większa jak drużbów, robią sobie czepki (cepce, wymiawiają) z kilkunastu wstążek jakoś dziwnie sfałdowanych, iż ten cały ubiór głowy ma kształt korony i dosyć pięknie wygląda. Cała czereda dróżek, starosta, starościna, ojcowie państwa młodych wsiadają na wóz jeden lub dwa. Drużbowie zaś i pan młody dosiadają koni ustrojonych w malowane papiery i dzwonki około łba i cały ten konwój wyrusza do panny młodej i w szalonym pędzie jadą do kościoła. Drużbowie przy tej sposobności pokazują zręczność swą w jeździe, mijają się do upadłego. Drużki przy odgłosie skrzypków, basetli i klarynetu [przyp. red. L.K. powinno być klarnetu. Basetla to ludowy instrument smyczkowy o niskich dźwiękach, pośredniej wielkości między wiolonczelą a kontrabasem, używany w kapelach ludowych. W innych rejonach mówi się basola] śpiewają po drodze niezliczoną liczbę krakowiaków.

5748605906_ea96c68197_b
Andrzej Staśkiewicz z Kurpiów, grający na basetli

Ubiór drużbów stanowi główne sukmana czarna lub sieraczkowa, spodnie ciemne i kapelusz jak nazywają kastrolowy (zwyczajny kapelusz filcowy). Starosta na wozie trzyma różdżkę (rózckę) którą drużba najbliższy ma dostarczyć. Różczka jest to kilkoramienny wierzchołek młodej sosny, osadzony na postumencie, ubrana w różnokolorowe papiery, a na końcach każdej gałązki wbite jest czerwone jabłko.

Po ślubie jadą z tym samym hałasem do domu panny młodej i tam odbywają się pląsy. Pan młody bierze różczkę i idzie zapraszać sąsiadów i przyjaciół na wesele (nie przed ślubem tylko po ślubie).

Główny trunek stanowi piwo a w mniejszej ilości wódka.

Bardzo późno po południu jest obiad. Wszyscy weselni jedzą z jednej miski, a najwięcej z dwóch. Obiad zaczyna się od kapusty, a następnie kasza lub jakie kluski albo też oboje, potem rosół i mięso. Późno w nocy dają kołacze. Pan miody, gospodarz lub najbliższy drużba roznoszą na przetakach pokrajane kołacze miedzy zaproszonych. Nad ranem gdy się do syta wytańczą, kładą się spać sami weselni to jest dróżki i drużbowie, goście zaś rozchodzą się do domów. Dróżki które zechcą także mogą iść do domu.

W drugim dniu wieczorem albo w trzecim wesele idzie do starosty (bo starosta musi być także przygotowanym). Pan młody znowu bierze różczkę i idzie zapraszać sąsiadów i przyjaciół starosty, którzy mu są wskazani. Muszę tu nadmienić, że takie solenne zaprosiny tyczą się tylko gospodarzy na gruntach lub takich którzy mają przynajmniej dom i familię. Nigdy zaś nie zaprasza drużba z różdżką młodzieńca lub dziewki. Jeżeli gospodarz chce zaprosić jakiego chłopaka lub dziewkę to poszli kogo innego po nią lub po niego, co się jednak bardzo rzadko zdarza. A jeśli spotka przypadkiem na drodze starosta lub starościna dobrego znajomego lub znajomą, którą wypada zaprosić to tylko powiada „przyjdze ta Jasiu lub Maryś”. Od starosty idzie wesele do pana młodego gdzie się końcy cepinami. W tym celu koło północy wyprowadzają pannę młoda do komory, zdejmują jej z głowy ślubny czepiec ze wstążek, obcinają jej warkocze i wiążą jej na głowę chustkę. Tak się kończy wesele. Jednakowoż porządek nie zawsze jest jednakowy, bo zaczyna się wesele u starosty czasem lub u pana młodego, a kończy u panny młodej.

2. WIELKANOC

We Wielkanoc w pierwsze święto popołudniem ubiera się 2 chłopaków zazwyczaj parobków biedniejszych i mniej wstydu posiadających za dziadów osmalają się, by ich nie poznano i biegają szalenie od domu do domu prosząc o śmigusek. Jeden z nich ubrany za dziada, przepasany jest powrósłem, na głowę odziewa zdarty czarny kapelusz przyprawia sobie brodę z konopi i w ręce dzierży tęgi, długi charap którym popędza przed nim pędzącą babkę. Babka (przebrany parobek) okryta jest płachtą zabrudzonego matryału, przed sobą niesie ogromny brzuch słomą wypchany, a na plecach w szmaty obwinięty. Dziecko ze słomy zrobione. Zwyczajnie bywają oboje tak uparci, że nie ustąpią jeżeli im się nie da śmiguska.

3. NOWY ROK

W Nowy Rok biedne chłopcy lub dziewczęta biegają po domach za Szczodrakami. Są to małe bochenki chleba zwykle podskrobki, które naumyślnie na Nowy Rok pieką.

4. TRZECH KRÓLI

 Mirą i jałowcem które świecą w Trzech Króli obkadzają krowy, gdy są chore.

5. CHRZCINY

Chrzciny odprawiają majętniejsi nawet dosyć i wystawne. W dniu przeznaczonym na chrzciny, gospodarz zaprasza sąsiadów i przyjaciół na ucztę. Przywozi z browaru ze Słotwiny lub Okocimia beczkę piwa, zaopatruje się w jedzenie składające się z masła, sera, chleba, kiełbasy, słoniny albo placków czyli kołaczy (lud wymawia kołoce). Zapraszani są tak długo dopóki gospodarz nie da znać, że się piwo skończyło. Wtedy zaczynają się powoli rozchodzić. Podczas chrzcin musi być dziecię kąpane przez kobietę, która zwyczajem jest do tego uprzywilejowaną. Matka zaś podczas chrzcin chociażby najzdrowsza była kładzie się do łóżka. Gospodynie, kumosie, sąsiadki, które się schodzą na chrzciny przynoszą jej różna prezenta n.p. kukiełkę albo ładny ser lub kilkanaście jaj, lub pięknych jabłek, lub gruszek kopę. Po podwieczorku wszyscy wstają i śpiewają „Kto się w opiekę” lub „Witaj królowo nieba”. Potem siadają i gawędzą swoje.

6. STYPA

Styp pogrzebowych nie znają tutaj żadnych. Pogrzeb odbywa się bez żadnych zwyczajów miejscowych. Po pogrzebie to robią tratamenta [przyp. red. L.K. znaczy poczęstunek] ale tylko dla tych. którzy z daleka na pogrzeb przyjechali. I tego tratamentu nie uważają za żadną stypę pogrzebową, ale tylko za zwykłą grzeczność.

 

7. POGRZEB ZWYCZAJNY

Kilka lub kilkanaście dni po pogrzebie wyprawiają dla dziadków szpitalnych (bo w Borzęcinie jest szpital uposażony przez zmarłego bezpotomnie szlachcica Gizy1) tak zwany obiad. W tym celu zaprasza gospodarz dziadków i babki nie tylko szpitalne ale i inne żebractwo. Daje im jeść do syta (nigdy zaś pić trunków) i ci żebraki wspólnie śpiewają nabożne pieśni za duszę zmarłego.

Daje także każdemu do torby chleba, sera. masła lub słoniny sadła, soli, mąki etc.

Pozostałe przypisy:

1 W rzeczywistości fundatorem szpitala Borzęcinie  w 1669 r. był bp. krakowski Andrzej Trzebicki (1607 – 1679)

_________

 Artykuł pod redakcją Lucjana Kołodziejskiego, znaleziony dzięki Dragomirowi z Warysia (k. Borzęcina).
To nie koniec, kolejny artykuł będzie mówił o ubiorach ludowych kobiet i mężczyzn.

Podania – materiały etnograficzne Józefa Ciochonia 1870 roku – cz. 2

 

Jest to druga część artykułu z materiałów etnograficznych Józefa Ciochonia, pierwszą część można znaleźć tutaj, zatytułowaną jako STRACHY.

Podania

Z podań przytoczę jedno najważniejsze, które z ust naszego ludu często bardzo słyszeć można. Ćwierć mili od Borzęcina na wschodniej stronie, zaraz przy lasach radłowskich jest wielkie błonie. Na tem błoniu jest wioska składająca się z kilkunastu chałup zwana „Czarnawą. Zaraz przy lesie jest górka kilkanaście stóp wysoka okryta cala pięknym, dorodnym, żółtobiałym piaskiem. Do tej górki przywiązane jest następujące podanie:

  • Na tem miejscu stał klasztor, a jak inni mówią, miasto. Ten klasztor zapadł się bez najmniejszego śladu. Razu jednego (musiało to być niezbyt dawno, bo starzy ludzie pamiętają) szedł w nocy z lasu radłowskiego ku Czarnawie leśny imieniem Śworc (niezawodnie Szwarc) przez wspomnianą górkę. Nagle zobaczył w bliskości stojącą damę w bieli ubrana i mężczyznę (jak lud mówi pana) w czarnym stroju, w wysokim kapeluszu. Pani miała przy sobie kupę pieniędzy, a pan trzymał na ręku rozmaite śliczne fanty. Pan wołał Śworca do siebie i pani go wołała do siebie. On się bał jednego i drugiego. Ale bojąc się mniej kobiety, zbliżył się do niej. Ta mu powiedziała żeby się udał do wioski pobliskiej Czarnawy i razem z Kijakiem (z przydomkiem od wyciętej wargi) szczerbatym przyjechał z taczkami i pieniądze, które przy niej leżały, zabrał. Połowę, aby wziął na swój użytek, a drugą połowę oddal na kościół parafialny w Borzęcinie na msze św. na dawczynią. Ale Śworc uchciwił się na pieniądze i zabrał, ile mógł w trok swojej sukmany. Zaledwie kilka kroków uszedł, pieniądze mu się urwały iż brzękiem zapadły się w ziemię. Wtedy owa Pani rzekła do niego: widzisz nieszczęśliwy, gdybyś był tak uczynił, jak ci powiedziałam, byłbyś mnie wybawił. Pokutowałam już sto lat i jeszcze muszę sto lat pokutować. A pan po drugiej stronie zaśmiał się szyderczo i zniknął. Ów pan był to djabeł i gdyby się Śworc zbliżył był do niego, urwałbym niezawodnie głowę, jak lud mówi. Pasterze pasący na tem pastwisku często widują jak mówią przesuszające się pieniądze. Pieniądze przesuszają się w ten sposób, że nad piaskiem, pod którym się znajdują migorze [Przyp. L.K. tj. migoce] się słaby niebieski płomyczek. 

    1492447_972273429453350_4015560159304825335_o

  • Jeżeliby ktoś szczęśliwy (tak się lud wyraża o ludziach świątobliwych, ale wolnych od grzechu ciężkiego) widzi przeszuwające się pieniądze, niech zdejmie buta i rzuci na płomyk: a w takim razie potrzebuje tylko odgrzebać po kolano ziemię, chcąc posiąść skarb. Jeżeli rzuci wiecheć [Przyp. L.K. Pęk słomy wkładany do buta, pierwotnie pełnił rolę dzisiejszych skarpetek. Sic!] z buta, potrzebuje tylko odgrzebać z wierzchu piasek; jeżeli rzuci pas, musi kopać po pas; jeżeli rzuci czapkę musi kopać na chłopa. 

    Razu jednego dzieci Bąka, wieśniaka z Borzęcina bawiły się w piasku wspomnianej górki, podczas gdy on orał w bliskości swej pole. Dzieci grzebiąc w piasku, wygrzebały garnek pieniędzy i wołały ojca, żeby przyszedł wyciągnąć, bo one nie mogą dać rady. Po kilkakrotnem wezwaniu zirytowany Bąk wypuszcza z ręki pług i przychodząc mówi: „cobyscie ta bestye smarkate miały”. Zaledwie te słowa wymówił garnek z pieniędzmi zapadł się poć ziemię.Inną rażą ciągnęli pasterze pokrywę od kotła, w którym się pieniądze znajdują, odkopawszy piasek. Ale gdy jeden z pracujących powiedział: „A chodźże bestyo” pokrywa zapadła się głębiej.

    Prze to samo błonie idzie ku Borzęcinowi ścieżka obok gościńca, wysoka i dosyć głęboko wydeptana. Powiadają, że tą drogą chodzi dusza pokutująca. Kijak z Czarnawy chciał się koniecznie przekonać, co to za duch tamtędy chodzi. W tym celu zastawił paści żelazne (cięciwy) na tej drodze. Gdy wczas rano poszedł zajarzyć, czy się nie złapało co, ujrzał w cięciwach białego jak śnieg koła. Zaledwie cięciwy otworzył, ów kołek wysunął się i zniknął.

     

  • Trzecie ważne podanie przywiązane do tego błonia, że na tem jest zaśnięto wojsko polskie, które dopiero na ostateczny sąd powstanie, a inni mówią, że to wojsko powstanie do walki kiedy Polska będzie miała powstać. To podanie niezawodnie wiązało się z faktu, że na tem miejscu miała być bitwa z Tatarami (z czernią tatarską)1, stąd wioska na tem błoniu się Czarnawą jak równie i strumyk2 który około tej wioski płynie. Ze niezawodnie około Borzęcina była bitwa nadzwyczajnie wielka świadczy ta okoliczność, że z drugiej strony Borzęcina, na drugim błoniu3 znajdują ostrogi, kości ludzkie, kawałki żelazne, małe pieniążki srebrne, lecz nie można było wyczytać ani jednej sylaby, ani jednej litery. 

    Rzecz dziwna, ale niezawodnie musi to być prawdą, bo wielu ludzi stwierdziło następujący fakt. W roku 1866 właśnie podczas wojny meksykańskiej4 ludzie wszyscy z Czarnawy widzieli w św. Matki boskiej gromnicznej 2 lutego, że o wschodzie słońca z owej zaklętej górki maszerowało wojsko konno przez pola do radlowskiego lasu. Ludzie z całej wioski wyszli przed domy. przypatrując się temu zjawisku. Opisują dokładnie ich ubiór, że mieli czapki czerwone. a reszta ubioru była zupełnie podobną do ubioru polskich ułanów. Ten marsz trwał do godziny 10 z rana. Nikt nie wiedział żeby skąd wojsko przybywało, albo przechodziło. bo w całej okolicy nie było wtedy wojska, tylko gdzieś kolo górki powstawało i przez oziminę szło wprost do lasu. Gdy już wszystko się skończyło, ludzie udali się na to miejsce z ciekawości, czy bardzo ozimina stłoczona, bo to jest ich własnością; lecz jakież było ich zdziwienie, gdy nawet kopyta końskiego nie znaleźli. Gdy się wieść o tym rozeszła w całej okolicy, zawezwano wiarygodniejszych gospodarzy z Czarnawy do powiatu w Radłowie aby stwierdzili, czy to jest prawdą. Chłopi zeznali wszyscy jak widzieli. Lecz skoro kazali im przysięgać. żaden nie chciał przysięgą stwierdzić. Wymierzono im wtedy karę po 15 kijów i odesłano do domu z tym upomnieniem, by głupstw nie rozpowiadali. Że chłopi nie chcieli przysięgać, temu się wcale nie dziwię, bo nasz polski chłop, jeżeli namacalnie czegoś nie widzi, przysięgać na to nie chce, gdy od niego żądają. Tutaj np. w tym wypadku chłopi nie przysięgać, wątpliwość u nich zachodziła, czy ich oczy nie łudziły, gdyż wojsko nie zostawiło śladów po sobie. Fizycy objaśniają to zjawisko w ten sposób, że to było odbicie wojska amerykańskiego przy wschodzie słońca. Czy to prawda? Wątpię. 

    O wojskach zaśniętych powiadają, że każdy żołnierz śpi na swoi koniu, a jakaś niewiadoma siła daje koniom jeść. pić, czyście je i gnój od nich wymiata. Jeżeli konie zetrą sobie podkowy, wtedy zwyczajnie jakiś kowal wędrowny trafi jakimś cudownym sposobem do podziemia, gdzie wszystkie konie kuje. Tam dostaje jedzenie które ma na oznaczoną godzinę w osobnym pokoju jadalnym. Tam ma także gotową kuźnie i żelazo i wszystkie przyrządy kowalskie. Zwyczajnie bywa tam rok; a po roku znowu jakimś cudownym sposobem dobrze wynagrodzony wydostaje się na świat. Jeżeli przypadkiem przez nieostrożność potrąci przy kuciu konia żołnierza, ten ocknie się. Wtedy musi kowal powiedzieć „śpij, śpij bo jeszcze nie czas.”

Przypisy numeryczne:
Jest to oczywista pomyłka, w czasie najazdów tatarskich w XIII w. Borzęcin jeszcze nie istniał. Nazwa pochodzi od nazwiska rodowego o podobnej nazwie założycieli i sponsorów tychże okolic.
Dzisiaj to jest rów melioracyjny zwany Borową.
Borzęcin – Borek
Wojna amerykańsko-meksykańska toczyła się

_____________

Artykuł pod redakcją Lucjana Kołodziejskiego, znaleziony dzięki Dragomirowi z Warysia (k. Borzęcina).

Kolejny artykuł już wkrótce, tym razem o Zwyczajach i Obyczajach.

____________

Ciekawostki dot. artykułu:

  • Mila polska wynosiła do 1898 roku wynosiła  ~8534,31 metra. Jednakże chłopstwo mogło stosować miarę starszą gdzie 1 mila wynosiła 7 worst, a to jest ponad 7km. W różnych epokach, a nawet w różnych regionach Europy wartość 1 mili, także mili polskiej zmieniała się.
  • Kijakiem także nazywano chłopa wypasającym bydło, a przezwisko nadane ponieważ posługiwał się kijem.

 

Legendy Polskie w wykonaniu współczesnej kinematografii

Nie tylko kinematografii ale także książki i audiobooki które zostały od pewnego czasu wykonane dzięki współpracy z Allegro. Postanowiłem napisać ten artykuł po przesłuchania audiobooka z Wywiad z Borutą (napisany przez Łukasza Orbitowskiego oraz Michała Cetnarowskiego). Gdzie dla wielu może zaciekawić, że autor opowiadania wspomina o słowiańskich bogach, o lechickiej legendach o potędze i o tym jak Boruta zdobył władzę i wiele innych ciekawych rzeczy które są mimochodem wplecione w wywiad. Jest to zupełnie odmienna wizja Leszego niż niedawny wiersz na łamach naszej strony.

Wywiad to rozmowa dziennikarki którą wciela się Krystyna Janda oraz Boruta którego głosu użyczył Tomasz Grabek.

Allegro_Legendy_polskie_Twardowsky_2_0_11.jpg

Posłuchać można tutaj Wywiad z Borutą [1h 57min]

 

Cały wywiad kręci się wokół Jana Twardowskiego, o którym zostały nakręcone dwa filmy Tomasza Bagińskiego oraz grana przez główną postać Roberta Więckiewicza. Pokazującego w czasach bardzo współczesnych, Twardowskiego jako miliardera i pierwszego Polaka który wylądował na księżycu, którego stać było go na tyle aby założyć na nim bazę.

Drugi film to kontynuacja pierwszej części i zrobienie tradycyjnie z diabła frajera, i harmider w piekle.

Pan Twardowski, a raczej Pan Twardowsky, siedzi sam jak palec w stacji kosmicznej na księżycu. Takie są konsekwencje jego paktu z diabłem. Nudzi się potwornie, ze swym losem pogodzony nie jest wcale. Gdy zjawia się diabeł w postaci pięknej kobiety, Twardowsky prosi o trochę czasu aby móc wrócić jeszcze na ziemię. Orientując się, że niewiele wytarguje, ucieka diabłu, choć wie, że nie na długo. W końcu przyjdzie czas zapłacić umówioną cenę.

 

Jednak Boruta i jego wysłanniczka nie dają łatwo za wygraną. Najnowsze zdobycze technologii kontra zdesperowany Polak objedzony kisielem. Zwycięzca może być tylko jeden!

 

Trzeci film to legenda o smoku krakowskim, gdzie Smok był po prostu ludzkim porywaczem, ale wykonanie jest mega. Współczesna wizja naprawdę daje do wyobraźni.

„SMOK”: Gród Kraka i jego mieszkańcy są w niebezpieczeństwie. Miastu zagraża Smok, który jednak nie przypomina wcale legendarnego potwora. To wytatuowany i mocno umięśniony Adolf Kamchatkov oraz jego ogromna latająca maszyna. Wielki amator pięknych Polek, które porywa i przetrzymuje w swojej kryjówce mieszczącej się w jednej z podmiejskich willi. Jedną z porwanych dziewczyn jest Ola, w której podkochuje się młody geniusz i konstruktor robotów, Janek. Władze miasta są bezradne, nikt nie wie jak powstrzymać Smoka. Podobnie jak w baśni, chłopak wpada na pomysł jak przechytrzyć potwora, mając na szczęście dostęp
do technologii zdecydowanie nowocześniejszych od tych, którymi dysponował Szewczyk Dratewka.

 

W produkcji są jeszcze dwa filmy o Bazyliszku oraz o Babie Jadze oraz kilka ebooków do poczytania w formacie dla czytników, ale także jako pdf i poczytać m.in. takie opowiadania jak:

Jakub Małecki – Zwyczajny gigant,
Elżbieta Cherezińska – Spójrz mi w oczy,
Radek Rak – Kwiaty paproci,
Rafał Kosik – Śnięci rycerze,
Robert M. Wegner – Milczenie owcy,
Łukasz Orbitowski – Niewidzialne.

 

Allegro_Legendy_polskie_Twardowsky_2_0_07.jpg

9 grudnia miała premierę ostatnia część tegorocznych opowiadań cyklu Legend Polskich od Allegro w wykonaniu Tomasza Bagińskiego, ostatnim filmem jest zapowiadana historia Baby Jagi, tutaj przedstawiona jako piękna kobieta. Co o dziwo jest logiczne, bo jeżeli wiedźma zna się na ziołach, także tych od urody, to potrafi zadbać najpierw o samą siebie, a potem może lub nie pomagać innym. Dlatego poniżej przedstawiam film o JADZĘ.

Jaga, jak i inne filmy, ale także słuchowisko przedstawione powyżej oraz opowiadania są historiami które łączą się ze sobą pewnymi wątkami. Np. umieszczanie Twardowskiego w prawie wszystkich opowiadaniach jako największego biznesmena, który stworzył Polski Program Kosmiczny i jako pierwszy kraj na świecie założył bazę na księżycu.

W innych opowiadaniach wspominana jest historia o kwiatach paproci, historii chłopaka który pokonał „Smoka” w filmie czy o Wodzie Życia. Także inna wizja opowieści o bazyliszku tym razem w postaci chińskiego dyplomaty który był kolekcjonerem i tworzył terakotową armię z pośród znakomitych rodów europejskich. My przedstawiamy bazyliszka z polskich legend który uciekł po rozwałce piekła przez Twardowskiego.

 

Główna strona Legend Polskich to: http://legendy.allegro.pl/

Bajkowy Jaś

W słowiańskich bajkach magicznych, w tym oczywiście polskich, występuje nader często bohater o imieniu Jaś (na Rusi – Iwan, od greckiej formy Ἰωάννης). Zwykle jest on trzecim, najmłodszym synem, któremu, w przeciwieństwie do swych starszych braci, udaje się dokonać trudnego zadania, wyznaczonego przez ojca (ustrzeżenia złotych jabłek z cudownej jabłoni rosnącej w ogrodzie, przyniesienie żywej wody z dalekiej krainy itp.). Sam bajkowy schemat jest bardzo dobrze znany, jednak nikt chyba nie usiłował się przyjrzeć bliżej imieniu bohatera. Zwykle przyjmuje się, że związane jest ono z wprowadzonym po chrystianizacji, biblijnego pochodzenia, Janem (hebr.Jochanan), oznaczającym „Bóg jest łaskaw”. Taki pogląd może być jednak bardzo powierzchowny, a miano bohatera wywodzić się od starszego, czysto słowiańskiego rdzenia.

siemiradzki_noc_iko.jpg
Noc Świętojańska, obraz Henryka Siemiradzkiego (1880)

Niemniej, nie przeszkadza to w ujmowaniu go i rozpatrywaniu wraz ze św. Janem, czy św. Jónem, jak go często zwano w formie gwarowej. Św. Jan / Jón, wnosząc z obrzędów letniego przesilenia, zastąpił najwyraźniej dawne, rodzime bóstwo, najwyraźniej związane z wodami ziemskimi – źródłami i strumieniami, nad którymi bardzo często umiejscawiano pierwsze kościoły pod jego wezwaniem (tak było np. w Sandomierzu, gdzie nieistniejący już, pierwszy kościół na obecnym Wzgórzu Świętojakubskim, wybudowano obok strumienia, nadając mu wezwanie św. Jana). Panem ziemskich wód jest w wierzeniach ludowych Księżyc, co tłumaczyłoby nocny charakter obrzędu i ewentualne, lunarne cechy akwatycznego, męskiego bóstwa. Najprawdopodobniej, jego podobnie brzmiące imię nadawało się dobrze do zastąpienia go katolickim świętym, kojarzonym w folklorze przede wszystkim z Janem Chrzcicielem, oczyszczającym z grzechów przez zanurzenie w wodach Jordanu. Gwiazdą św. Jana zwie się w folklorze gwiazdę Altair w konstelacji Orła. Orzeł jest ptakiem akwatycznym, łacińskie aquila„orzeł” pochodzi od tego samego rdzenia, co aqua – „woda”, dosłownie jest więc „wodnym [ptakiem]”. Pojawia się również powszechnie w hydronimiach, hetyckiej Haraš – hapaš – „Orzeł – potok”, celtyckiej Arlape, Erlaf, niemieckiej Aar, czeskiej Orlica, polskiej – Orla[1]. Niewątpliwie, potwierdza to związki z dawnym bogiem wód. Tą samą konstelację Orła łączono w chrześcijaństwie z Janem Ewangelistą, mamy więc do czynienia w tradycji ludowej z pomieszaniem i połączeniem obu świętych.

noc-swietojanska.jpg
Zbieżna sytuacja (z tradycją słowiańską) występuje w przypadku łotewskiego boga Janisa (o czym więcej dalej) i bohatera magicznych bajek węgierskich, Jancziego. Prof. Wiesław Bator w Drzewie sięgającym nieba zwrócił uwagę, że węgierskie zdrobnienia chrześcijańskiego imienia Jan – Jancsi, Jani, mogły w samodzielny sposób funkcjonować jeszcze w okresie przedchrześcijańskim. Przywódca buntu pogańskiego z XI wieku zwał się Jancsi Vata. Węgierski, bajkowy bohater Janczi, ubogi, szlachetny młodzieniec, małżonek i towarzysz słonecznej Królowej Nimf, niezwykle dobrze odpowiada naszemu Jasiowi, wyzwalającemu z podziemnego świata pannę (lub trzy panny) o cechach solarnych i wenusjańskich. Sam Janczi posiada cechy lunarne, jest młodym Księżycem, a zarazem młodym kowalem, co pozostaje kolejnym motywem obecnym w bajkach słowiańskich. Imię Jancziego wywodzi się najprawdopodobniej od tureckiego jani, jeni– „młody”, któremu odpowiada ugrofińskie ifju, znaczące to samo[2].
Podobna sytuacja zachodzi najwyraźniej w przypadku słowiańskiego, bajkowego Jasia. Jest on najmłodszym synem, a to wskazuje na powiązania z postulowaną przez Andrzeja Bańkowskiego, autora Etymologicznego słownika języka polskiego, praformą junъ – „młody, w pełni sił, ściśle – niestary”). I w tym przypadku można uwzględnić możliwość koneksji lunarnych, jako młodego Księżyca – zwanego m.in. „młodym panem, młodzikiem, nowikiem”, w opozycji do starego – wiotka[3]. Szczególnie, że junoch, w dawnej gwarze mazowieckiej, to „młodzieniec, kawaler”, skąd imię Junoch i nazwa miejscowa Junochy na Mazowszu. Odpowiednio, junocha, to „dziewczyna, panna”. To samo określenie junoch, w identycznym znaczeniu, istniało również w staroczeskim. Inną formą junochy jest junosza – „nowożeniec, pan młody”. Bartosz Paprocki komentuje: „junosza po mazowiecku znaczy po naszemu pana młodego”. I w tym przypadku istnieje forma imienia Junosza, herb Junosza i nazwa miejscowa Junoszyce. W staroruskim, junosza znaczy zaś „młodzieniec, kawaler”, a więc ma znaczenie poszerzone, identyczne, co junoch. Bajkowy Jaś, jako lunarny pan młody, pozostawałby więc w parze z kochanką – oblubienicą, słoneczną, poranną Wenus. Na Litwie, kochankiem i porywaczem słonecznej bogini Saule był przecież bóg księżyca Menulis. Od junъ wreszcie pochodzić może junak – „zuch, chwat, dzielny wojak”, co na obszarze Polski jest jednak zapożyczeniem z serbskiej poezji ludowej. Aleksander Brückner i Andrzej Bańkowski nie są zgodni w kwestii tego, czy należy termin ten wywodzić od junъ. Bańkowski zaprzecza takiej możliwości, twierdząc, że junaka nie można objaśnić jako derywatu od pierwotnegojunъ, Brückner – przeciwnie.
nocsw_opole2007_iko.jpg
Noc Świętojańska w popkulturze (TAK/Opole 2007)

Do tego samego rdzenia słowotwórczego nawiązuje jednak juniec, później joniec, czyli, na Mazowszu i wschodniej Wielkopolsce „wół młody, już dorosły, ale jeszcze nie przyuczony do chodzenia w jarzmie”. I w tym przypadku spotyka się formy miejscowe Juniec, Juńczew, oraz zdrobnienia juńczyk, jończyk. Wszystkie one pochodzą od wspomnianego już junъ – „młody”, dopiero w późniejszym okresie wypartego na północy Słowiańszczyzny przez rdzeń moldъ, o identycznym znaczeniu – „młody”. Co ciekawe, postać byka należy łączyć w pierwszej mierze z postacią młodego księżyca, do którego sierpowatej formy nawiązuje swoimi rogami[4]. Obrzęd składania w ofierze byka, którego krew zlewano do dziury wygrzebanej pod dębem, może mieć swoją reminiscencję w bajkowym motywie wędrówki najmłodszego syna przez studnię lub inny otwór w ziemi do podziemnej krainy, czyli zaświatów.

Korzeni wszystkich wymienionych imion i nazw należy szukać w praindoeuropejskim *youn-o-s, mającym swoje odbicia w litewskim jaunas, sanskryckim yuvan, łacińskim iuvenis i iunior, gockimjungs, niemieckim jung, angielskim young, holenderskim jong, szwedzkim ung[5]. W folklorze łotewskiem napotykamy Jānisa, bóstwo związane ze świętem Jāni– czyli letniego przesilenia.Jānis, później utożsamiony ze św. Janem Chrzcicielem, przynosić ma według przekazów radość i obfitość, jego siedzibą i miejscem gdzie się ukazuje jest drzewo, wysoka góra albo kamień. Walczy z wilkami, a jego żona nosi na imię Mora[6]. Jest to zbieżne z ruskim określeniem bratków, Iwan-da-Mar’ja również kojarzonych z mitem świętojańskim. Według innych przekazów, Janis jest kochankiem Córki Słońca, z którą podróżuje w opowieściach rzeką. W przypadku Córki Słońca chodzi być może o poranną Wenus, Gwiazdę Zaranną, gdyż wschód Słońca zwany jest u ŁotyszyJani[7].
Jeśli więc, czytając stare bajki, napotkamy kiedyś baśniowego Jasia, to należy wziąć pod uwagę, że reprezentuje on najprawdopodobniej jednego z dawnych bogów lub herosów. Być może trzeciego syna, najmłodszego z całej grupy, skąd jego miano.

Grzegorz Niedzielski
(26.07.2011)

liniaszara.jpg

 

Przypisy:

[1] Kempiński A. M., Encyklopedia mitologii ludów indoeuropejskich, Iskry, 2001, str. 329
[2] Bator W., Drzewo sięgające nieba. Szamanizm i dyfuzjonizm w węgierskiej baśni magicznej; Nomos, Kraków; str. 126 – 127
[3] Bartmiński J. (red.), Słownik stereotypów i symboli ludowych. T. I*, Wydawnictwo UMCS, Lublin 1996, str. 187
[4] Szyjewski A., Etnologia religii, Nomos, Kraków 2001, str. 448 – 449
[5] Wszystkie informacje etymologiczne i cytaty za: Bańkowski A. – Etymologiczny słownik języka polskiego. Tom I, PIW, Warszawa 2000, str. 397
[6] Zubiński T., Słownik mitów i tradycji rodzimych narodów Estonii, Litwy i Łotwy, Starachowice 2010, str. 42
[7] http://pepe.blox.pl/2010/10/Brzmienie-Lotwy-czyli.html

Źródło: http://www.bogowiepolscy.net/jas.html

Sobótka na Kaszubach i Kociewiu

Kaszuby_i_Kociewie_okladka.jpg

Sobótka na terenie Pomorza Gdańskiego, w niniejszym zestawieniu zamieszczamy kolejno:- Relacje z Kaszub i Kociewia zebrane, omówione i opublikowane w drugiej połowie XIX wieku przez Józefa Łęgowskiego. Wszystkie poniższe fragmenty pochodzą z publikacji „Kaszuby i Kociewie – Jezyk, zwyczaje, przesądy, podania, zagadki i pieśni ludowe w północnej części Prus Zachodnich” z roku 1892 tegoż autora (okładka widoczna powyżej).

– Dwa teksty Floriana Ceynowy o kaszubskiej Sobótce i związanym z nią obrzędem ścinania kani, jakie ukazały się w piśmie „Nadwiślanin” w roku 1851.

W przyszłości, o ile będzie to możliwe, poniższe informacje z terenu Pomorza zostaną uzupełnione o teksty i relacje kolejnych autorów.
Kaszuby i Kociewie

Jezyk, zwyczaje, przesądy, podania,
zagadki i pieśni ludowe
w północnej części Prus Zachodnich
(fragmenty)

Józef Łęgowski (1892)
Czytaj dalej

Skąd się wzięły czarownice – legenda o pierwszej wiedźmie w słowiańskim świecie

jaga-i-zywa

Zdarzyło się to dawno, dawno temu, niedługo po stworzeniu świata. W małej wiosce otoczonej gęstymi lasami pomieszkiwała z rodzicami młoda dziewczyna. Źródła nie podają niestety jej imienia, ale wiadomo, że była bardzo rozumna i sprytna, a przy tym nad wyraz piękna i powabna.

Razu pewnego, o bladym świcie, niewiasta wybrała się do lasu nazbierać grzybów. Ledwo tylko zdążyła opuścić wioskę, przemierzyć pole i między drzewa się zagłębić, zerwał się wiatr okrutny, a z nieba polały się strugi deszczu. Szukając schronienia przed ulewą dziewczyna zatrzymała się pod rozłożystym drzewem. A jako że dzień wstawał ciepły i słoneczny, umyśliła zdjąć z siebie ubranie i schować je do koszyka na grzyby, żeby nie zmokło. Jak postanowiła, tak uczyniła i rozebrawszy się do naga, starannie złożyła odzienie i ukryła je pod drzewem w koszyku.

Po pewnym czasie, gdy deszcz przestał padać, roztropne dziewczę ubrało się i zagłębiło w las w poszukiwaniu grzybów. Nagle zza jednego z drzew wychynął kudłaty kozioł o sierści czarnej jak smoła i mokrej od deszczu, który po chwili przeobraził się w zgarbionego starca z długą, siwą brodą. Dziewczynie szybciej serce bić poczęło, rozpoznała bowiem w starcu Welesa, boga magii, zjawisk nadprzyrodzonych i zaświatów.”Nie lękaj się„, rzekł Weles, dostrzegając strach w jej pięknych ciemnych oczach.

Chciałem tylko zadać ci pytanie – jakich czarów użyłaś, by pozostać suchą podczas takiej ulewy, jaka właśnie przetoczyła się nad lasem?

Rozumna niewiasta zastanowiwszy się chwilę, odrzekła: „Jeśli zdradzisz mi sekrety swojej magii, ja powiem ci, jak nie dałam się zmoczyć ulewie.

Będąc pod wrażeniem jej urody i wdzięku, Weles zgodził się nauczyć ją wszystkich swoich sztuk magicznych. Kiedy dzień chylił się już ku zachodowi, Weles zakończył powierzać pięknej dziewczynie sekrety, a ona opowiedziała mu, jak to zdjęła ubranie, schowała je do koszyka i ukryła pod drzewem, gdy tylko rozpętała się ulewa.

Weles zorientowawszy się, że został sprytnie oszukany, wpadł we wściekłość. Mógł
jednak winić tylko siebie. A młoda niewiasta, poznawszy w ten sposób tajemnice
Welesa, została pierwszą na świecie czarownicą, która z czasem mogła swą wiedzę przekazać innym.

Autor: Katarzyna Olimpia Koenig, 2003