Święta Góra Słowian – Rowokół

Kiedy Rowokół nie został jeszcze nazwany, był tylko zwykłym wzniesieniem powstałym w epoce lodowcowej, ukształtowanym około 15-12 tys. p.n.e w ostatniej fazie zlodowacenia skandynawskiego jako pozostałość moreny czołowej.

Góra Rowokół – wzgórze pochodzenia polodowcowego, mająca 115 m n.p.m., położona jest na wybrzeżu Słomińskim, we wsi Smołdzino, powiat słupski.

73361548.9fiSU9al.P1000149_800_x_600.jpg

Potem przybyli tutaj pierwsi ludzie. Kiedy żeglarze zauważyli wyróżniający się na wybrzeżu Bałtyckim punkt charakterystyczny? Czy byli to Wikingowie? Nazwa na najstarszych bałtyckich mapach morskich z XVII wieku – Reefcoll i Revkol pochodzi z języka skandynawskiego.

Razem z górą Chełmską i Polanowską jest Rowokół jedną ze Świętych gór na naszym wybrzeżu. Był zawsze świętą górą Słowińców. Jak jego nazwa znalazła się w języku Słowian, którzy  bukowe i sosnowe lasy Rowokołu uznali za swoje schronienie i mieszkanie Bogów? Słowianie wystawili tutaj posąg Swarożycowi, bo któż inny mógł lepiej od niego opiekować się ogniem, który ciągle płonął na szczycie góry.

Panteon słowiański umieszcza Swarożyca na najwyższym tronie jako boga ognia, z irańskiego źródłosłowu – chwar – słońce, blask. Posąg Swietowita
Najprawdopodobniej był Swarożyc synem Swaroga, obaj w każdym razie mieli do czynienia z żywiołem ognia – domowego, ofiarnego i tego groźnego, niszczącego i przerażającego naszych przodków. Swaróg – Dadźbóg jest jedynym przypadkiem w mitologii słowiańskiej, gdzie określony jest stopień pokrewieństwa między bogami.

Na Pomorzu i wśród Słowian Połabskich, Swarożyc miał cechy bóstwa wojennego. Thietmar z Mersemburga w swojej kronice opisuje w 1018 roku świątynię słowiańską w Radogoszczy na Połabiu w roku poświęconą właśnie jemu.

Radogoszcz (Retra) znana również jako Radegost była głównym ośrodkiem politycznym Redarów, czyli Słowian Zachodnich pochodzenia lechickiego. Zrównana z ziemią po podbiciu Wieletów przez cesarstwo niemieckie. Dokładne położenie miejscowości nie jest znane. Przypuszcza się, że mogła leżeć w Gross Raden w Meklemburgii gdzie odkryto osadę słowiańską wraz z pozostałościami świątyni.

Również drugi kronikarz, dzięki któremu mamy wiadomości o wczesnych plemionach słowiańskich nazwał Swarożyca – Radogostem. Atrybutem tego boga był biały koń, a w radogoskiej świątyni podobno były stajnie, w których hodowano białe konie ku chwale Swarożyca. Czy nie przypomina to mitu jednorożca?

Najdokładniejszy świątyni Swarożyca i grodu Słowian, pochodzi z kroniki Thietmara z 1002 roku:

Jest w kraju Redarów pewien gród o trójkątnym kształcie i trzech bramach doń wiodących, zwany Radogoszcz, który otacza zewsząd wielka puszcza, ręką tubylców nie tknięta i jak świętość czczona. Dwie bramy tego grodu stoją otworem dla wszystkich wchodzących, trzecia od strony wschodniej jest najmniejsza i wychodzi na ścieżkę, która prowadzi do położonego obok i strasznie wyglądającego jeziora. W grodzie znajduje się tylko jedna świątynia, zbudowana misternie z drzewa i spoczywająca na fundamencie z rogów dzikich zwierząt. Jej ściany zewnętrzne zdobią różne wizerunki bogów i bogiń – jak można zauważyć, patrząc z bliska – w przedziwny rzeźbione sposób, wewnątrz zaś stoją bogowie zrobieni ludzką ręką w straszliwych hełmach i pancerzach, każdy z wyrytym u spodu imieniem. Pierwszy spośród nich nazywa się Swarożyc i szczególnej doznaje czci u wszystkich pogan. Znajdują się tam również sztandary (stanice), których nigdzie stąd nie zabierają, chyba że są potrzebne na wyprawę wojenną i wówczas niosą je piesi wojownicy. Do strzeżenia tego wszystkiego z należytą pieczołowitością ustanowili tubylcy osobnych kapłanów. 

Kronika Thietmara obejmująca schyłek IX wieku i znaczną część wieku X opiera się na znanych Thietmarowi dziełach historiograficznych i hagiograficznych. Jej wartość jednak wzrasta w tych partiach, w których Thietmar korzysta z tradycji ustnej oraz z własnego doświadczenia jako świadka wydarzeń. Poza dziejami Merseburga i państwa niemieckiego, Thietmar zawarł w niej również wiele informacji dotyczących historii Europy, także ziem polskich. Zrelacjonował m.in. zjazd gnieźnieński i wojny cesarza Henryka II z księciem Bolesławem I Chrobrym. Thietmar bardzo niekorzystnie przedstawiał Słowian, co być może wiąże się z jego rodzinnymi zdarzeniami. Dziadek ojca Thietmara (Lotar von Walbeck) oraz dziadek matki Thietmara (Lotar von Stade) zginęli w bitwie z Redarami w 929 roku. Natomiast jego ojciec Zygfryd von Walbeck ledwie uratował życie z bitwy pod Cedynią.

zdjecie,600,465232,20140317,widok-z-latarni-morskiej-w-czolpinie-w-tle-rowokol-najwyzsza-gora-w-okolicy-115-mnpm.jpg

Kronika zachowała się w tzw. rękopisie Drezdeńskim, w postaci 192 kart pergaminu, na których Thietmar osobiście nanosił poprawki. Do 1945 roku przechowywany był w saskiej bibliotece krajowej w Dreźnie, która została spalona podczas bombardowania aliantów w 1945 roku. Egzemplarz częściowo spłonął. Do odczytania możliwe są jedynie pojedyncze karty, nadal przechowywane w Dreźnie. Jednak dzięki opublikowaniu rękopisu w 1905 roku w postaci faksymile przetrwał do naszych czasów cały tekst. Niemal kompletny tekst „Kroniki” zachował się w dwunastowiecznym rękopisie pochodzącym z klasztoru Corbei w Niemczech.

Na Rowokole Słowianie założyli dwa grodziska, jedno tak zwane wyżynne na wierzchołku Rowokołu.( typu pierścieniowatego z wypukłym majdanem pochodzące z X- XII wieku) Drugie znajdowało się się u podnóża góry, od strony południowo-wschodniej i datowane jest na początek X wieku, a więc wcześniejsze. Obok grodziska znajdowało się źródło. Na wierzchołku zapewne odbywały się modły, wyprawiano święta, uczty i palono ofiarne zwierzęta, o czym świadczą archeologiczne znaleziska (odkryto olbrzymie palenisko położone w centralnym punkcie majdanu, wraz z ułamkami naczyń i kośćmi zwierząt. W rowach kontrolnych odkryto miejsce paleniska usytuowane wzdłuż umocnień, co pozwala przypuszczać, iż były one usytuowane koliście, w znacznym oddaleniu od głównego ogniska. Brak warstwy kulturowej, która mogłaby świadczyć o długotrwałym zasiedleniu, przy istniejących umocnieniach pozwala przypuszczać, iż istotnie mamy tu do czynienia z obiektem kultowym, gdzie palono ognie. Zachował się jedynie od strony wschodniej, południowo-zachodniej i zachodniej niski wał o stromych zboczach. Podstawa grodziska – ok. 65x75m, powierzchnia majdanu – ok. 47x48m, wysokość obiektu w stosunku do podstawy pagórka – ok. 100m. Wał w stosunku do powierzchni majdanu jest wysoki od 2-3m. Wiek tego grodziska określono na wczesne średniowiecze i późne średniowiecze. Grodzisko to z pewnością warownia, o dużym polu obserwacji.

Rowokół wyróżnia się i widać go z wielu ważnych miejsc w okolicy, przede wszystkim z morza i jezior. Ma wysokość 115 metrów. Leży w odległości 6 km od morza. Historia Rowokołu łączy się z historią Słowiańszczyzny, jej mitami, wierzeniami i jej krwawą przegraną z wiarą chrześcijańską. Na naszych ziemiach walka ze słowiańskimi bogami, świętymi gajami była okrutna, nie tak jak w Irlandii, gdzie Święty Patryk umiał wykorzystać miejscowe bóstwa i połączyć ich historię z dziejami ewangelicznymi, to spowodowało powstanie jednej z najciekawszych mitologii w dziejach chrześcijaństwa.

Słowianie ze swoimi bogami, często ucieleśnianymi z przyrodą nie mogli wygrać. A może to właśnie ich bogowie wydawali się groźni, niedostosowani do wymogów wiary w Chrystusa?

Święte drzewa, dęby i ludzie modlący się w lasach musieli robić to w tajemnicy. Ile mogła trwać taka historia tutaj, na Rowokole. Góra musiała być szybko zagospodarowana przez Chrześcijan, ponieważ była rzeczywiście ważna i ważny był posąg Swarożyca i ogień, który ostrzegał żeglarzy i równocześnie często przynosił im nadzieję, że ląd jest blisko. Czy posąg podzielił los Świętowita z Arkony? Brutalnie zniszczonego na oczach jego zrozpaczonych wyznawców?
Zniszczenie Arkony - Laurits Tuxen
Słowianie wierzyli, że każdy człowiek posiada duszę (nawie), która po śmierci wędruje do podziemnej krainy zwanej Nawią. Dobre dusze mogły od czasu do czasu powracać na ziemię, często palono ogniska, gdyż wierzono, że ogień ogrzewa wędrujące dusze.

Świątynia Świętowita w Arkonie była pokryta płaskorzeźbami i malowidłami, posiadała też własny oddział 300 konnych. Wewnątrz znajdował się bogaty skarbiec. Dostęp do wnętrza świątyni i boskiego rumaka miał jedynie długowłosy kapłan, któremu nie wolno było skalać boskiej siedziby oddechem. Świątynia ta została spalona 12 czerwca 1168 roku z rozkazu duńskiego króla Waldemara I, który zagarnął jako łup wojenny skarbiec Świętowita składający się z ofiar wielu pokoleń wiernych. To sanktuarium było ostatnią pogańską świątynią Słowian.

Świątynia słowiańska była również na Rowokole. Wiemy tylko że, na wale ziemnym, znaleziono pozostałości po grodzisku słowiańskim, a na wierzchołku Rowokołu zbudowany został kościół poświęcony Św. Mikołajowi, opiekunowi żeglarzy, a później mieściło się w średniowieczu sanktuarium maryjne, po którym pozostały zagłębienia w gruncie i fundamenty budowli. Z nim związane były legendy. W czasie gdy burzono kaplicę św. Mikołaja, zerwany z jarzma dzwon stoczył się po zboczu góry i zatonął w Łupawie, która wtedy była w tym miejscu bardzo głęboka. W dawnych czasach topił się tu co roku jakiś człowiek. Wnoszono z tego, że jest to kara za pohańbienie świętego miejsca. Ponadto mówiono, że niekiedy nocą słychać dźwięk dzwonów, dochodzący z głębiny.

Druga legenda o rybaku, Joście, który powracał późnym wieczorem łodzią z Rowów do Gardny Wielkiej. Noc była ciemna i dął bardzo silny wiatr. Jak często w takich sytuacjach pojawił się diabeł, proponując mu ratunek w zamian za podpisanie cyrografu na duszę. Rybak cyrograf podpisał własną krwią, postawił jednak warunek, aby diabeł na miejscu spotkania wybudował kościół z kamieni, przy czym budowę jego miał zakończyć zanim zapieje pierwszy kur. Płynąc spokojnie do swej checzy rybak cieszył się z wyprowadzenia diabła w pole, był bowiem przekonany, że ten nie zdąży na czas. Po powrocie do domu szybko zasnął i tuż po północy zbudził go straszy hałas. Zerwawszy się z posłania wybiegł na podwórze i zobaczył jak u brzegu jeziora diabeł oparty prawą nogą na wielkim kamieniu dowodził zastępem swych piekielnych kolegów, którzy przerzucali w kierunku jeziora belki i kamienie. Kościół był już na wykończeniu. Rybak – w obliczu niebezpieczeństwa – zapiał wtedy naśladując kura, budząc jednocześnie wszystkie koguty Wielkiej i Małej Gardny. Diabeł z wściekłości zburzył kościół, po którym pozostała znaczna ilość kamieni, tworząc odtąd Wyspę Kamienną lub Diabelską. Na jednym z głazów pozostał odcisk kopyta końskiego, ślad po czarcie.

rowokol_mapa

Sanktuarium na Rowokole było jednym z trzech stacji dla pątników. Dwa pozostałe miejsca pielgrzymowania to Sanktuarium Maryjne na Górze Chełmskiej i Sanktuarium Maryjne na Świętej Górze Polanowskiej. Kaplicy pw. Najświętszej Maryi Panny na Rowokole mogła powstać w związku z cudownym ocalaniem żeglujących. Po wprowadzeniu reformacji (na Pomorzu nastąpiło to 1534 r. )wszystkie trzy Świątynie nadbałtyckie zostały opuszczone i rozebrane. Wioska u stóp góry miała pierwotna nazwę Smolno, która wywodziła się od rośliny zwanej smółd lub od smoły i została zapisana w 1281 r. wówczas wieś należała do słupskich dominikanów.

W 1291 roku książę Bogusław IV przekazał wieś klasztorowi cystersów w Oliwie, a w latach 1329-1341 wieś należała do zakonu krzyżackiego.W 1622 ziemia smołdzińska powróciła do rodów Gryfitów. Ostatnia księżna z rodu Gryfitów, Anna de Croy, spędziła tu ostatnie swoje lata. Księżna von Croy, fundatorka miejscowego kościoła. Od średniowiecza ziemie wokół Smołdzina wraz z jeziorami były własnością książąt słupskich. Mijały lata i w 1632 roku zbudowano kościół w Smołdzinie, podobno zużyto dla niego również kamieni z kaplicy rowokolskiej.

W 1823 r. kościół przebudowano, a w 1874 r. dobudowano nawę poprzeczną. W kościele znajduje się wiele unikatowych zabytków: wczesnobarokowy ołtarz z bogatym wystrojem rzeźbiarskim oraz z portretami księżnej Anny i jej syna Ernesta Bogusława, ambona barokowa z XVII w, chrzcielnica z połowy XVII w., para ołtarzowych świeczników ( Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku) oraz dzwon gdański z 1706 r. Na stropie kościoła widniało 49 obrazów o tematyce biblijnej, po przeprowadzeniu prac konserwatorskich część z nich umieszczono na ścianach kościoła.

Przeprowadzone w 1992 r. badania archeologiczne i antropologiczne ujawniły, że w krypcie grobowej spoczywają w drewnianych trumnach zwłoki kobiety, mężczyzny i czworga dzieci pochowane w nieokreślonym czasie. Krypta ta najprawdopodobniej została zasypana w XIX wieku, w czasie którejś z kolejnych przebudów kościoła. Obok Kościoła stał nieistniejący już dziś, zniszczony wiele lat po II wojnie światowej pomnik poległych mieszkańców Smołdzina.

Na prostopadłościennym postumencie z napisem upamiętniającym na przedniej płaszczyźnie i czarnymi tablicami z nazwiskami na płaszczyznach bocznych stojąca figura żołnierza w pełnym rynsztunku, z odsłoniętą, pochyloną głową. Na ogrodzeniu za pomnikiem widoczne były cztery wizerunki Krzyża Żelaznego prawdopodobnie z nazwiskami żołnierzy wyróżnionych tym odznaczeniem bojowym.

I tak gdy Słowianie stracili swoje świątynie, a ich władcy i książęta przyjęli chrześcijaństwo nie było już miejsca na wiarę w święte dęby. Stali się chrześcijanami, coraz mniej osób pamiętało demony i obrzędy, którym wierne były cale pokolenia. Żegnając się znakiem krzyża i tak myśleli, że chmurami włada płanetnik, a spotkanie z rusałką może skończyć się dla mężczyzny źle.
Las na Rowokole
Bali się niezrozumiałych zjawisk zachodzących w przyrodzie, jak we wszystkich wierzeniach mieli zastępy mniejszych i większych bóstw, które chroniły ich przed burzami, ogniem, wiatrem, powodzią. Czy pracę nad dbaniem o to wszystko mógł przejąć jeden chrześcijański Bóg? Powątpiewali, musiały minąć wieki zanim uwierzyli. Ale i tak ich wiara jest czasami bardzo płytka.

Nie wolno odcinać się od swoich korzeni. W naszych żyłach płynie krew pamiętająca ogniska Kupały, posągi Swarożyca i Świętowita. To jest dobra pamięć. Możemy pozazdrościć Celtom ich mitologii, nasza jest zazwyczaj wstydliwie wyśmiewana jako legendy i bajki stworzone z niczego.

Ale chyba ciągle tak samo boimy się morderczej Południcy, gdy wychodzimy na południowe pole i łany zbóż zaczynają falować, znaczy demoniczna kobieta jest blisko..trzeba ukryć się w cieniu.

Na Rowokole rośnie stary las, dla Słowian drzewa były święte. Kiedy szumiał wieczorem, a słyszałam go z naszego korytarza z hoteliku w Smołdzinie, dla mnie był to przejmujący szum.Poludnica Jestem słowiańskim dzieckiem – myślałam, kocham las i drzewa.

Jacy jesteśmy niedoskonali, że nie możemy czuć połączenia z naszymi przodkami, nie słyszymy ich głosów przy Rowokolskiej świątyni.. a może to tylko moment i wyobraźnia zaczyna pracować.

Ogień na szczycie góry znów płonie, idę ścieżką, która wiodła na szczyt taką samą kobietę, Słowiankę, idącą w mrokach dziejów. Jakie były jej pragnienia, jak musiała walczyć o byt, o jeszcze jeden dzień, który gdy wstawał pogodny nad lasem, był wygraną.

Gdy dochodziła na szczyt Rowokołu, jak teraz ja, siadała przy ognisku i słuchała śpiewów, grzała siebie i swoje myśli w czerwonych płomieniach, patrząc płochliwie na cienie lasu. Może zdarzył się nieznany przybysz ze statku, który dzięki ogniowi na Rowokole szczęśliwie przybił do brzegu.

Opowiadał o innych krainach i o tym, że w gdzieś daleko, w Arkonie padł posąg naszego Boga, Świętowita, zniszczony przez wrogich Duńczyków. Kobieta patrzyła w ogień. Przeczuwała że już nic nie będzie takie samo.

Źródła:

  1. Rowokół (115 m n.p.m.) – wzniesienie polodowcowe położone na Wybrzeżu Słowińskim w pobliżu Smołdzina, w odległości 6 km od morza, widoczny z morza żeglarski punkt nawigacyjny, rezerwat przyrody o powierzchni 562,81 ha
    Na szczycie znajduje się platforma widokowa na Smołdzino oraz jeziora Gardno, Łebsko i wybrzeże Bałtyku. Prowadzi tu szlak turystyczny.
  2. wikipedia, internet
  3. R. Kamiński, Kaplica NMP i cmentarz na Rowokole, w: „Tysiącletnie dziedzictwo chrześcijańskie Pomorza
    Środkowego”, Katalog Wystawy czerwiec-wrzesień 2000, Muzeum Okręgowe Koszalin, s. 60-64.
  4. Kronika Thietmara, http://www.mgh-bibliothek.de/thietmar/fol.0001.html
  5. Kościół ze Smołdzina, http://smoldzino.most.org.pl/kosciol.html#Kościół

 

Źródło artykułu: http://www.mariolasocha.republika.pl/witryna%20felietony/rowokol.htm

Tekst umieszczony z okazji protestu przeciwko budowie kaplicy chrześcijańskiej na szczycie wzgórza.

Gmina Smołdzino otrzymała od ministra środowiskaJana Szyszko zgodę na wzniesienie na wzgórzu kaplicy pw. św. Mikołaja. Prace mają być rozpoczęte do 2019.

Szczególnie że są argumenty przeciwne, ponieważ jest to park narodowy, a nie prywatna działka.

– Jest to teren ściśle chroniony, w którym nie powinno być żadnych nowych interwencji człowieka, inwestycji, budowy, która generuje ruch samochodów i maszyn – komentuje decyzję ministerstwa dr Jacek Antczak, członek Rady Naukowej Słowińskiego Parku Narodowego. – Wszelkie działania, które prowadzi się teraz na terenie parku, powinny prowadzić do skanalizowania i uspokojenia ruchu w tak cennym przyrodniczo miejscu. Dziwi nas decyzja ministerstwa, tym bardziej że wszelkie kwestie związane z parkiem były dotychczas konsultowane z naszą radą. W tym przypadku nikt nie zapytał nas, czy budowa takiej kaplicy w parku narodowym jest dobrym pomysłem. Na ten temat powinniśmy przeprowadzić badania.

Andrzej Demczak, zastępca dyrektora Słowińskiego Parku Narodowego, potwierdza, że dyrekcja nie konsultowała się sprawie budowy kaplicy z radą naukową.

– To nie my wnioskowaliśmy o tę budowę, lecz wójt gminy – tłumaczy wicedyrektor. – Gmina otrzymała zgodę z ministerstwa, któremu podlegamy, ma czas na rozpoczęcie budowy do 2019 r.

To jednak nie koniec planów gminy na zagospodarowanie wzgórza Rowokół.

– W przyszłości będziemy wnioskować do ministerstwa o możliwość zbudowania kapliczek drogi krzyżowej – zapowiada Arkadiusz Walach. – Jestem przekonany, że droga krzyżowa jeszcze bardziej uatrakcyjni wzgórze i przyciągnie do naszej gminy wielu pątników.

Źródło: http://trojmiasto.wyborcza.pl/trojmiasto/7,35612,21369695,wojt-zbuduje-w-parku-narodowym-kaplice-zgode-wydal-minister.html#MT

Reklamy

Opowiadanie – Post mortem est nulla voluptas

Opowiadanie napisane przez osobę przedstawiającą się jako Reekiel, 15 czerwca 2011 roku. Jest to opowiadanie czysto amatorskie młodej dziewczyny, zainspirowany słowiańskim panteonem.

Post mortem est nulla voluptas

veles_by_silni-d4xgv9gDrgania, przyjemnie beżowego dla oka , płynu rozeszły się uderzając o porcelanowe ścianki niczym maleńka seria tsunami. Mężczyzna pochylający się nad naczyniem chuchnął nań przekornie i pieszczotliwie wymieszał go srebrną łyżeczką, opatrzoną misternym wzorkiem składającym się z liści akantu, u nasady. Postukał nią o gładkie wykończenie filiżanki rozmazując kropelki po mlecznych ściankach i odłożył ją na spodeczek wierzchem do dołu. Powoli, nieśpiesznie uniósł filiżankę do ust i napawając się przyjemnym, orientalnym aromatem upił odrobinę cieczy uśmiechając się błogo. Odstawił filiżankę obok łyżeczki, idealnie na środku spodeczka i podniósł wzrok. Jasnoniebieskie oczy zlustrowały przybysza od stóp do głów. Uśmiech zniknął z jego twarzy zostając zastąpionym przez grymas  pozornej obojętności.

– To dość nietypowa propozycja… – powiedział naraz nadzwyczaj pogodnie i poprawił serwetkę z jasnym wzorkiem, która nie wiedzieć czego się zagięła. Gdy stwierdził, że jest idealnie prosta powrócił wzrokiem na swojego gościa- Szczególnie, że składasz ją mi ty, Azraelu, Aniele Śmierci.

Oczy mężczyzny obserwowały Anioła czujnie, ale ten uśmiechnął się tylko krzywo i założył nogę na nogę w geście aprobaty jak gdyby to miało wystarczyć za odpowiedź. Jasnooki zrobił krótką przerwę na zaczerpnięcie oddechu. Pozbawione źrenic oczy Anioła Śmierci niezwykle go dekoncentrowały.

– Po za tym – stwierdził, dopiero po chwili wracając do głównego wątku – Mamy tę samą robotę. W sumie powinienem powiedzieć  „mieliśmy”, bo jestem na emeryturze. Przymusowej, ale jednak. Nawet przez taki okres czasu powinieneś się nauczyć, jak sobie samemu radzić. Nikogo tak naprawdę nie obchodzą twoje problemy. A ty nic. Myślisz, że jak obrosłeś w piórka na plecach to wystarczy- filiżanka znów przemierzyła odległość od spodeczka do ust mężczyzny- A jeśli nawet bym ci pomógł, to co z tego będę miał? Ostatnio, jeśli się nie mylę, jakieś 4 lata temu chciałeś mnie wpakować w ładne, betonowe lokum pod ziemią ze starym, używanym sarkofagiem, żebym miał na czym sobie posiedzieć, gdy mnie najdzie ochota. Dla towarzystwa nawet mi mumię zostawiłeś, tylko taka jakaś nieruchawa była. Twój plan miał pewną drobną wadę, bo jak sam potem zauważyłeś, okazało się, że JEDNAK jestem tym SŁOWIAŃSKIM BOGIEM ŚMIERCI i pluję na zamurowanie żywcem… Nawet jeśli istotnie ten sarkofag był gustowny.

– Czepiasz się, Weles – odparł szeptem anioł, ale jego chrapliwy i dźwięczny głos wyraźnie było słychać w zagraconym  gabinecie słowiańskiego bóstwa – Podszedłem do tego pozytywnie. Miałeś grzecznie poczekać, aż przyjdę z eskortą. Choć raz wykazałbyś pokorę, poganinie. Niebo i tak jest w stosunku do ciebie niewiarygodnie cierpliwe.
– Aj, Aniołku, nie zaczynaj znowu śpiewki o pogaństwie i jakie ono miało zły wpływ na ludzi. Myślałem, że mój ostatni wykład o fundamentach czysto socjologicznych był wystarczająco wciągający i na tyle przejrzysty, że nawet twoje, chrześcijańskie myślenie zdołało to przyswoić, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi – w głosie Welesa słychać było kpinę. Bóstwo podsunęło sobie filiżankę pod nos zaciągając się zapachem kawy i westchnęło teatralnie – Po za tym, robisz z siebie, że tak powiem… idiotę. Aniołku, twoje towarzystwo mi przeszkadza i nie pasujesz  do wystroju tego ładnego, staromodnego wnętrza. Ponadto,  nie patrz się tak na moje pelargonie. Do roślin trzeba podchodzić z czułością, a ty właśnie zabijasz je wzrokiem w najbardziej perfidny sposób, w jaki można zabić roślinę.

Azrael zignorował  większą część wypowiedzi słowiańskiego boga śmierci, ale posłusznie podniósł wzrok znad kwiatków na punkt tuż nad głową Welesa. Najlepszym rozwiązaniem było po prostu nie dać  się wciągnąć w te dziecinne gierki, w których bóstwo było mistrzem… Ale Azrael nie mógł sobie odmówić choć odrobinki złośliwości. Nikt mu tego przecież nie zabrania, prawda?

– Rozumiem czego się tak martwisz o te pelargonie. Są tak do ciebie podobne, Weles: proste, niewymagające, zwyczajne i pospolite… Można je znaleźć na każdym balkonie.
– Proszę państwa, odezwał się znawca. A ty co hodujesz na parapecie? Lilie? Takie wiesz, bialutkie, czyste i niewinne…  Niczego nieświadome…?

Azrael zmrużył oczy i rozsiadł się wygodniej na krześle, które prawdopodobnie w najlepszych latach użytkowania stało w wytwornym francuskim dworku, teraz skrzypnęło potępieńczo, zdradzając swój wiek.
– Nie przyszedłem do ciebie rozmawiać o florystyce. Mamy problem.
– O nie, aniołku. To ty masz problem. Ja przestałem mieć problemy jakieś tysiąc lat temu. Pamiętasz? Rok 966. Świta pod aureolką? Mam ci przypomnieć? A chętnie, ja tak bardzo lubię wspominać! – Weles położył łokcie na stole uśmiechając się jak zadowolony bazyliszek- To był taki piękny, kwietniowy poranek. Znad wschodu wiał ciepły, wiosenny wiatr, niebo było czyste, ani jednej chmurki, południce pochowały się po lesie, tylko wodniki szemrały w tataraku, kłócąc się o pierdoły. Siedziałem sobie na werandzie mojego ślicznego domku…
– Mieszkałeś na bagnie.
– Cicho, nie przerywaj mi… Więc siedziałem sobie na werandzie mojego ślicznego domku i myślałem sobie, jakiż to piękny dzionek…  Nagle jak tu jak nie pieprznie gdzieś z tyłu chałupy. Zaskoczony, patrzę, a tu biegną w moim kierunku takie poubierane w prześcieradła maszkarony z obrączkami nad głową i skrzydłami na pół mojej chałupy. Przyglądam im się i zacząłem się zastanawiać, czy to nie jakaś nowa, dzika moda, czy może akwizytorzy, ale kurde nie. Zbyt osobliwe to, to było zjawisko. Podeszli bliżej, gapiąc się na mnie podejrzliwie i gadają, że mam się poddać, bo inaczej zostanę nową formą durszlaku, gdy nabiją mnie na swoje włócznie… Czy coś tam. Tak, Azuś, oni mieli włócznie. Takie kurde ostre. Idealne do robienia grilla. Kto to widział dawać takie narzędzia dzieciom do rąk, nic tylko krzywdę sobie zrobią. Zamiast się poddać, pokazałem im, że mam ich daleko i głęboko,  a oni, nie wiedzieć dlaczego, zaczęli mnie gonić. Rzucali przy tym podejrzanie brzmiącymi kodyfikacjami po łacinie, a ja spierniczałem w cholerę mając nadzieję, że potopią się w bagnach. Nie to, że się bałem. Po prostu mnie kompletnie zaskoczyli, a zaskakiwać, zaskakiwał mnie tylko ten gnój, Perun, więc… Zresztą nieważne. Okazało się, że te maszkary są zahartowane jak diabli, no to skręciłem na łąki targany dziwnym impulsem. W końcu nie będę biegał jak debil po bagnach, bez efektu, który zamierzałem osiągnąć, prawda? Tam się zakotłowało, bo moi oprawcy nie wyhamowali przed ospałymi i tępawymi duszami ludzkimi, i najprawdopodobniej wyrżnęli w tę wielką ciemną masę, która sobie beztrosko po tych łączkach wędrowała. Obiecałem sobie, że jak tylko dorwę te parszywe Rodzanice, zasrane boginie losu to mnie popamiętają, do końca swojego i tak nudnawego żywota. Pech to pech, i BUM, uciekając nie zauważyłem kompletnie gdzie właściwie nogi mnie niosą  i wpadłem prosto w twoje plecy, boleśnie tłukąc sobie nos. Nadal bladego pojęcia, coś tam robił, liczyłeś te dusze, czy jak…? Nie odpowiadaj! –  krzyknął na Azraela, który już otwierał usta – Ani mi się waż…! Dobra, gdzie to ja…  a! Zanim zdążyłem się podnieść i odzyskać świadomość po spotkaniu pierwszego stopnia z twoimi kręgami piersiowymi, to ty zdążyłeś mnie podnieść  wcześniej do pionu, otrzepać i powiedzieć coś, czego zresztą nie zrozumiałem. Coście się tak uparli aby mówić, po łacinie, e? Potem trybiki w głowie znów podjęły pracy, strzeliłem ci finfę w nos i zwiałem. Niestety twoich skrzydlatych ziomków było dużo, dużo więcej niż się spodziewałem. I, żeby nie było mi za smutno, skonfiskowaliście mój dobytek i moją konnicę. NADAL JEJ NIE ODZYSKAŁEM, KRADZIEJU JEDEN! Obiecuję, że jak się dostatecznie wkurzę to w końcu gdzieś to zgłoszę…  Do RSPCA na przykład! A jak nie, to znów będę go szukał… – oczy Welesa sypały iskry. Słowianin spojrzał w bok i umilkł nagle nienaturalnie, co u Azraela wywołało tylko uniesienie brwi.

Owszem. Weles miał słuszność, bo naprawdę, w wielkim skrócie, tak to wyglądało, oczywiście pomijając wstawki odautorskie Welesa o pięknym dniu, łąkach pełnych dusz oraz wietrze znad Ukrainy. Ale tak, to wszystko się zgadzało.

Anioł spojrzał na Welesa. Bóg śmierci nie drgnął nawet na centymetr. Na oko miał może ze dwadzieścia parę lat, był średniego wzrostu, oscylującym nad górną granicą magicznego 175 centymetrów, a z grzywą jasnych włosów, wyglądał z lekka niewinnie i dużo młodziej niż na swój wiek. Azrael  jednak nauczył się w ciągu swojego całego życia, że pozory mylą. A pozory w przypadku Welesa mogły okazać się bardzo niebezpieczne.

Jedyną rzeczą, która mogła wskazywać na właściwą swej naturze profesję Welesa, były jego oczy. Były to tak niebieskie, że aż prawie przezroczyste, inteligentne, należące do wytrawnego szachisty oczy, na których ciemnym punktem odznaczała się tylko granatowa źrenica.

Azrael i bóstwo poznali się w dość niemiłym momencie, podczas desantu na Nawię, słowiańską krainę umarłych. Rozkazy z góry były jasne: ratować dusze, bóstwa spacyfikować, ale ogółem jednak nie wyrywać się przed szereg. Najtrudniej szło im właśnie z Nawią, bo bądź, co bądź były to bagna, puszcza tak gęsta, że trzeba było przemierzać całą drogę na nogach, a nie jak Pan Bóg przykazał na skrzydłach. Weles był najbardziej upartym bogiem, jakiego Azrael widział. Znał swoje terytorium jak własną kieszeń. Byłby zwiał, gdyby nie znaleźli jego wierzchowca. Do tej pory Anioł Śmierci nie miał pojęcia, co zrobiono z tym zwierzakiem, ale tak imponującej klaczy nie widział w całym swoim, dość długim, żywocie. Miała gładką, czarną sierść, a majestatyczne spojrzenie srebrnych oczu wskazywało na niezwykłą inteligencję zwierzęcia. Pod jej skórą grały mocne, potężne mięśnie, naprężone w grymasie złości. Wcale nie tak łatwo było ją poskromić.

Zdając sobie sprawę z własnego położenia, Weles poddał się, chociaż z wielkimi oporami… Ale zaproponowaną przez górę „emeryturę” przyjął z godnością. Emerytura pozwoliła mu zostać na Ziemi pozostawiła podstawowe umiejętności boga śmierci, którymi dysponował, ale obszarpała go z atrybutów, z których czerpał swą potęgę i władzę oraz zakazała szukać wejścia do Nawii. Piękny, złoty tron z ciemnymi obiciami, u podnóży Drzewa Kosmicznego, posadzonego na samym środku bagna, miał już na zawsze pozostać pustym i odległym.
Zresztą… Weles nie był jedyny. Postępowano tak ze wszystkimi bóstwami- dawano im wybór, tych co oporniejszych siłą zmuszano do przejścia na emeryturę. Ci, którzy mimo prób siłowych dalej się buntowali zostali zamknięci w specjalnie spreparowanych dla nich miejscach, do których klucze miał św. Piotr. Jedno, przeznaczone dla bogów słowiańskich znajdowało się na Giewoncie, ale Weles nie musiał o tym wiedzieć… Jeszcze przyszłoby mu do głowy coś niestosownego. Najważniejsze, że chrześcijaństwo się przyjęło, rozkwitło, a ludzie dość szybko zapomnieli o dawnej religii. No, prawie, naleciałości pozostały w tradycji, ale tylko w tradycji.

Słowiański bóg śmierci w przeciwieństwie do Zeusa czy Ozyrysa był nieobliczalny i piekielnie inteligentny. Potrafił kalkulować, przede wszystkim myśleć logicznie i wyciągać odpowiednie wnioski. Kilka razy anioł dał się nabrać na to nonszalanckie, z lekka dziecinne zachowanie i potem tego żałował. Weles, nigdy nie robił nic, co nie przyniosło by mu jakichkolwiek korzyści. Posiadanie satysfakcji ze zrobienia „dobrego uczynku” nie wchodziło u niego w grę. Anioł miał również okazję poznać bogów śmierci każdej religii, wszystkie demony i istoty, w które kiedyś wierzyli bądź nadal wierzą ludzie. Jego robota była, jest i będzie parszywa, ale musiał być przy wszystkich okupacjach ze względu na dusze. Nikt inny nie odważyłby się ich pozbierać, policzyć, pogrupować i wysłać na Sąd do Góry.

Aniołowie wraz z aniołem śmierci na czele wyróżniali się wśród tych wszystkich istot. Bóstwa nie były doskonale, były za to bardzo ludzkie, popełniały błędy, targały nimi namiętności i żądze. Anioł Śmierci natomiast był tym, któremu pomaga Bóg, był doskonałym tworem boskiej machiny stworzenia, duchem, posiadającym duszę i wolną wolę. Był władcą dusz po ich śmierci i to tylko dlatego, że raz wykonał rozkaz Boga, nie dając się ubłagać Ziemi, aby nie zabierał z niej płodów rolnych. Miał brązowe długie włosy, poskręcane na końcach, odrobinę zakrzywiony nos i oczy koloru karmelu, pozbawione źrenic.
Azrael był archaniołem. Gdy została stworzona śmierć, była tak straszliwym zjawiskiem, że tylko ktoś o niezmiernej mocy mógł stać się jej panem. Aniołowie zdecydowali, że to właśnie Azrael powinien być jej powiernikiem. Sam wytypowany tylko do pewnego czasu myślał, że jest jedynym panem tego nieobliczalnego artefaktu. Dopiero kampania archanioła Michała dała mu do zrozumienia jak bardzo się mylił.

– Widzę rozmarzenie na twojej pociągłej mordeczce – odparł Weles uśmiechając się jak kot do myszy, która nie ma gdzie uciec i prawdopodobnie zostanie obiadem – Wracamy na ziemię, aniołku, to jeszcze nie fajrant.

Azrael zamrugał, a jego spojrzenie skrzyżowało się z ciekawskim wzrokiem słowiańskiego bóstwa. Tęczówki Welesa jarzyły się odrobinę, odznaczając się wyraźnie w półcieniu jaki padał na jego twarz. W gabinecie panował półmrok.
– Wybacz, uciekłem trochę myślami, co nie zmienia faktu, że nie widzę potrzeby, abyś wygrzebywał przedpotopowe brudy – Azrael podwinął rękawy. W oczy Welesa rzuciły się szlaczki drobniutkich, misternie wydzierganych, na nadgarstkach, symboli i słów w anielskim dialekcie, ale zignorował je, kierując swoje myśli na zupełnie inne tory. Anioł natomiast rozejrzał się odrobinę.

Biurko Welesa było zawalone najróżniejszymi szpargałami, po prawej stronie stała  na mosiężnych nóżkach lampka ze wściekle pomarańczowym abażurem, zaraz obok niej w chaotycznym nieładzie piętrzyły się teczki i papiery zapisane niedbałym pismem, przypominającym to lekarskie na receptach. Słowianin bawił się w zadumie kruczym piórem, które nie wiadomo skąd wytrzasnął.

– To już wiem, mój drogi Aniołku. Dobra, meritum. Meritum jest ważne. W niebie dają takie nieśmiertelniki? – Weles wskazał niedbale  kruczym piórem na szyję anioła. Tuż obok mosiężnego krzyżyka z krwistym oczkiem, wisiała maleńka plakietka – Mało oryginalnie, wiesz? Pisać tak sobie własne imię, tylko po arabsku…
– Znów się czepiasz – westchnął Azrael bezradnie.
– Czepianie się, jest wyznacznikiem gustu, jak mawia nasza droga Hel. Też ją pamiętasz, nie? Na pewno ją pamiętasz, musisz ją pamiętać, taką wam zrobiła rozpierduchę tam w Sleetcold1, ne? Urocze miejsce na zaświaty, nieprawdaż…? Zresztą, zapomniałbym. Nasza pół-trupka serdecznie cię pozdrawia i żałuje, że nie może z tobą bezpośrednio porozmawiać. Próbuje znaleźć swojego ojca Lokiego i swojego brata Fenrira, którego nawiasem mówiąc gdzieś zgarnęliście. Wcale nie domyślam się z dlaczego Hel tak się poświęca – słowiański bóg śmierci uśmiechnął się brzydko – Chciałbym mieć takie ciekawe rodzeństwo jak ona… A tak to mam Peruna i nawet nie wiem, czy faktycznie jest moim bratem… Ale na pewno jest dupkiem.

Azrael na wspomnienie Hel, aż zmrużył oczy. Nordycka bogini śmierci nie należała do najprzyjemniejszych. Ba, była tak przyjemna jak kąpiel w Morzu Arktycznym.
– Mam problem – odparł anioł ignorując ostatnią wypowiedź Welesa – I chciałbym, abyś mi pomógł…
– No proszę, teraz możemy rozmawiać… Zawsze do mnie wszyscy lecą ze swoimi problemami. A może byś tak z raz poprosił Hadesa, co? On aż się pali do pomocy. Normalnie czuć już tutaj swąd spalenizny.
– Hades z pewnością podszedłby do sprawy dużo poważniej niż ty, ale pragnie rzeczy, których nie mogę spełnić. Po za tym, nie uśmiecha mu się, że musi się dzielić zyskiem z Charonem, który po raz piętnasty składa apelację w sprawie „zaniżenia płacy”, więc Hades zawsze próbuje wyłudzić więcej, pod pretekstem np. „dokarmienia swojego małego szczeniaka”. Jeśli Cerber jest szczeniakiem, to ja jestem syrenką z morskiej pianki – ręka Anioła Śmierci zacisnęła się w pięść.

– To może Ozyrys? Na pewno ci pomoże, oczywiście jak pozbiera wszystkie swoje kawałki2
Azrael spojrzał na Welesa pobłażliwie, a ten tylko się wyszczerzył, ukazując nad wyraz białe zęby.
– Skąd wiesz, że nie zażądam od ciebie czegoś nie do spełnienia, hm? – Weles odłożył krucze pióro na spodeczek i z powrotem stało się łyżeczką.
– Bo jesteś z nich najrozsądniejszy. Ja osiągnę co będę chciał, a ty też coś na tym zyskasz. Jesteś inteligentny Weles. Zdążyłeś już wykalkulować czy to się ci opłaci.
m- Zważywszy na moją nikłą ZUS-owską emeryturę byłbym skłonny się zgodzić… Ale dlaczego od razu tak formalnie? Nie możemy jeszcze porozmawiać o starych dobrych czasach? Wiesz, ostatnio razem z Ozyrysem zorganizowaliśmy sobie spotkanie w takim starym dworku gdzieś na Ukrainie… Białorusi… No, na wschodzie. Sprosiliśmy inne bóstwa, przede wszystkim śmierci, no i powstał taki „zjazd cechu”, czy coś. Wiesz, my bóstwa śmierci raczej lubimy własne towarzystwo – Weles spojrzał na Azraela krytycznie – Mniejsza. Przyniosłem trochę czeskiego piwa, zabrałem kilka rusałek tak dla umilenia czasu podróży, no i wio. Żałuj Azrael, że nie łazisz na takie imprezy. Chętnie byśmy z tobą pogadali, wiesz, pogralibyśmy w pokera, powspominali kampanię Michaela itd. Eh, znów się niemiłosiernie zapędzam w wywody, zamiast przechodzić do konkretów. Wracamy. Stanąłem u stóp tego dworku, no i tak czaję się trochę, bo nie wiem, czy mam wejść od frontu, czy nie pozakładali jakiś straszaczy na ludzi… Wyobraź sobie, co by to był za chaos, gdyby jakiś śmiertelnik- niedzielny odkrywca wparował do takiego dworku, a tam kilkanaście bóstw podejrzanego pochodzenia, gra w karty, popija jakieś trunki, ewentualnie wykłóca się o byle co. Afera na najbliższe 20 lat, gość ląduje w psychiatryku z urazem mózgu.  Zdecydowałem, że wejdę od frontu. W przedpokoju powitały mnie mumie kotów i coś, co wyglądało jak skrzyżowanie krokodyla z rozrusznikiem od bombowca. No wiesz, ta od sądu egipskiego… no… o! Ammit, słodka Pożeraczka Dusz! Najwyraźniej Ozyrys zabrał pupilkę ze sobą, a Neftyda zabrała te sparchaciałe koty. Ozzy to musi mieć w chałupie z nią przerąbane. Myślę sobie, dobra, Weles, przetrwasz, nie tarzałeś się w kocimiętce, więc się nie będą do ciebie łasić. Wspominałem, że nie lubię kotów? Paskudne zwierzęta, nic tylko się lampią. Idę więc przez korytarz,  nieopatrznie,  oczywiście depcząc po tych kocich trupach i wchodzę do głównej sali. W sumie przyjemna dla oka sceneria, taka jak z nawiedzonego domu: porwane zasłony, wilgotno, powybijane okna i majestatyczna, zeżarta przez mole głowa jakiejś zebry, gapiąca się na gości z istną pogardą w bursztynowych oczętach. Na środku stało kilka stołów, były jakieś ławki i dostrzegłem moich znajomych. Na początku wiało nudą, nic się nie działo, ale alkohol otwiera nie tylko ludzi. Jak się rozochociliśmy to zaczęły się rozmowy z natury egzystencji. Ozyrys przyniósł tę swoją Księgę Umarłych i zacząłem ją przeglądać. Wiesz doskonale, że jestem koneserem dobrej literatury. Azrael, przysięgam na korzenie mojego Drzewa Kosmicznego- takich głupot to ja w życiu nie czytałem! Wyobraź sobie, że Egipcjanie w to uwierzyli i postępowali tak, jak ta książeczka im mówiła. Mózg przez nos wyciągali, uwierzysz? Ba, Ozyrys też tego nie kapuje, mówi, że on to pisał po jakimś winie trzcinowym i w sumie tak sobie to pisał dla jaj. A tu wiesz, Egipcjanie podchwycili i dawaj, mózg przez nos szczypczykami! U nas Wiły by bogom żyć nie dały, a tu Ozyrys wyskakuje z czymś takim i się jeszcze przyjęło!  Naprawdę musiał się nawalić, takich idiotyzmów Azuś, to nie czytałem nawet w tych waszych super-tajnych, anielskich raportach… Po za tym,  Hel się znów na mnie obraziła, wiesz? Ostatnimi czasy, strasznie się nerwowa zrobiła, a ja tylko powiedziałem „żeby pokazała ten swój lepszy profil”. Fakt, podchmielony troszkę byłem, no ale… Nie zrozumiem kobiet. To dziwne stworzenia… A  Hel to już w ogóle… – Weles dopił kawę i przesunął filiżankę na lewą stronę biurka, spoglądając na nią tęsknie.
Azrael przywołał na twarz wyraz obojętności, złośliwie w myślach stwierdzając, że Hel mogłaby Welesowi w końcu przyłożyć. Skandynawska bogini śmierci z jednej strony była naprawdę czarującą kobietą. Z drugiej jednak strony rozkładającym się trupem. I to w najbardziej dosłowny sposób w jaki się dało.
– Możemy wrócić do konkretów? Czy twoje uzależnienie od kawy, nie pozwoli ci dalej funkcjonować?
– Moje uzależnienie od kofeiny jest spowodowane tylko i wyłącznie przez Mietka3, który dał mi jej skosztować. Nie patrz tak na mnie, Mietek to ten od Azteków, nigdy nie potrafiłem dobrze wymówić jego imienia… Eh, na Wyraj, bajeczną krainę do której odlatują ptaki na zimę, przestań być taki cholernie formalny. Mamy sporo czasu. Ba, nas czas nie obejmuje. Istniejemy po za nim.

– Zauważ, że jestem aniołem śmierci – syknął Azrael – i chociaż sekunda trwa dla nas obydwóch nieskończenie wiele czasu, to w ciągu tej sekundy umiera około 3 ludzi, którzy mogą być na różnych kontynentach, a ja pracuję.
– Nie do mnie z tym. Ty sam tutaj przylazłeś, więc twoja sprawa… A właśnie. Nadal wyciągasz dusze przez nos, jak nasi egipscy koledzy móżdżek? – spytał Weles zgryźliwie.
– Twoje impertynencje na temat mojego sposobu pracy pozostaw dla siebie. Do nosa przytykam tylko Jabłko z Drzewa Życia, a potem… Zresztą, nie będę ci zdradzał tajników mojej profesji. Każdy ma swoje sposoby – zawyrokował Anioł ostro.
– No wiesz – bóstwo śmierci splotło palce – Spodziewałem się jakieś kosy, wielkiego szumu i atrakcji typu grzmoty, błyskawice itd., a dostaję jabłko. Widzę, że pracujesz dyskretnie. Przynajmniej w tym jesteśmy podobni. No i mamy te same priorytety, prawda? A naszym priorytetem jest przecież bydło… Znaczy, dusze ludzkie, prawda Aniołku?
– Czy możesz skończyć ten słowotok, Weles? Chciałbym CHOLERNIE przejść do konkretów. Mnie również nie bardzo odpowiada twoje towarzystwo, ale aż tak się z tym nie obnoszę!
– Ależ nie krępuj się, Aniołku. Nikt nie powiedział, że się zgodzę, na to, co powiesz.
Azrael westchnął zrezygnowany i założył nieposłuszny kosmyk włosów za ucho. Położył dłonie na biurku w geście szczerości. Wiedział, że Weles zwraca uwagę na takie drobnostki.
– Nie wtajemniczę cię, dopóki się nie zgodzisz.
– Mam się zgadzać w ciemno? To kretynizm. Znasz anegdotkę o dziewczynie, która wydała na siebie wyrok na szubienice, bo też się zgodziła w ciemno? Nie chcę być takim dziewczątkiem!
– Zapytaj więc, tych swoich pozostałych dwóch głów, może okażą się mądrzejsze- stwierdził kąśliwie anioł.

Weles spojrzał na Azraela krzywo.
– Moje dwie głowy zostały dorobione przez folklor i przez mylenie mnie z Trzygłowem… Wytłumacz mi więc może, dlaczego anioł z siedemdziesięcioma tysiącami stóp, czterema tysiącami par skrzydeł, w którego ciele znajduje się tyle oczu, ile ludzi żyje na świecie, może mieć większy problem niż kwestię „o cholera, do którego oka wpadł mi akurat paproch?”
– Bez sarkazmu, Welesie. To ty swoje niedoskonałości urody ukrywasz pod grzywką, swoją drogą artystycznie dość zaczesaną.
Bóg śmierci zmrużył oczy i spojrzał na Azraela z niechęcią.
–  Źle spałem – wyjaśnił – Moje żółte znamię ma się świetnie jeśli o to pytasz. I nie, nie żałuję, że ukradłem Perunowi tą krowę. Spadając na ziemię, owszem, potłukłem sobie trochę tyłek, ale to nie zmienia faktu, że warto było zobaczyć jego minę. Po za tym, nie wiesz, że blizna jest znakiem potęgi? W takim Harrym Potterze na przykład!
– Po pierwsze – anioł wolał uściślić pewne kwestie – Masz znamię, a nie bliznę. Po drugie: co to do cholery, jest Harry Potter?
– Widzisz, aniołku, emerytura to dobra rzecz, mam mnóstwo czasu na poznawanie nowej kultury królującej w obecnych czasach. Jesteś niezwykle zacofany pod tym względem. Harry Potter to książka takiej jednej Angielki. Jak będziesz miał czas, a podejrzewam, że nie będziesz miał to poczytaj, żebyś w towarzystwie nie wyszedł na jakiegoś frajera. Jak można tego nie znać?!
– Zgadzasz się, czy nie? – zapytał Anioł ostro, zupełnie ignorując Welesa.
– A co ja z tego będę miał?
– A czego chcesz?
– Pomyślmy… Przeliczając zyski i straty, wartość ogórków w tym roku oraz prawdopodobieństwo podwyżki cen musztardy w następnym, dodając do tego wskaźnik PKB i przyrost naturalny państw słowiańskich i nie zapominając oczywiście o podatku VAT, PIT, CIT i jeszcze akcyzie na towary posiadające już tą akcyzę… – Weles zamyślił się na moment – Chcę skserować twoją książeczkę. Tę z nazwiskami ludzi i datami kiedy wykitują.
– Nie- odparł anioł zimno.
– No to… Hm… Może chociaż rozdział? – drążył temat
– Nie.
– 20 kartek?
– NIE.
– 10 kartek? – Weles nie zamierzał odpuszczać
– NIE. – odparł po raz kolejny anioł, wyraźnie tracąc cierpliwość.
– 5 kartek?
– NIE, KURNA.
– Trzy kartki?
Azrael westchnął głęboko, masując skronie.
– Weles, nie mogę dać ci skserować tej książki, bo tylko ja mam do niej wgląd jako pan śmierci. Dostanie mi się jak ci pozwolę. I to tak dostanie, że zapamiętam to, do końca swojego nieśmiertelnego żywota!
– Do jasnej cholery, Azraelu, ja też jestem panem śmierci. Przez kilkaset lat nim byłem. Więc możesz mi dać przynajmniej ją pooglądać, tego ci Góra akurat nie zabroniła, nie?!
– Zastanowię się.
– Dobra, w zastaw chcę jeszcze pióro Feniksa, bo to moje do pisania już się nie nadaje  i moją czarną kobyłę.
– Pióro załatwię, o koniu zapomnij.
– Ale to moje zwierzę jest, Azek.
– Weles, odkąd tylko zaczęliśmy „współpracować” zawsze wracasz do swojego konia. Nie dostaniesz go. Zarządzenie z góry. Przyzwyczajaj się do tej myśli.
– Zarządzenie ze śmury. Chcę ją przynajmniej zobaczyć… No wiesz, upewnić się, że nie przerobiliście jej na konserwę, albo jakiś dywanik.
Anioł śmierci spojrzał na Welesa krzywo, a ten tylko się uśmiechnął, zupełnie jak dzieciak
– No więc?
– Pamiętaj, że jestem też bogiem przysięgi – Weles stwierdził pogodnie, znów bawiąc się łyżeczką – Jak się na mnie wypniesz to dostaniesz skrofulozy4 i nie, nie odwiedzę cię w szpitalu.
– Niezmiernie się tego obawiam – anioł stwierdził kąśliwie i podsunął hebanowe krzesło bliżej biurka. Już otwierał ostro zarysowane usta,  ale Weles był szybszy w wyrażaniu myśli.
– A pamiętasz jak to się ostatnio skończyło, Aniołku?

vedun_by_silni-d6hn1g1

Źródło: http://rekieel.deviantart.com/