Jare Święto – Lancor

jaryc582o

Błogosławieństwo wiosny już jest z nami,
cudną równonoc oglądać będziemy

Marzanna do snu ułożona pieśnią Swaroga i Jaryły,
odegnana daleko poza widzialny i niewidzialny świat

Jaryle, co dzierżysz w ręku snop żyta i pszenicy,
co dzierżysz w ręku głowę – niech twe rodzące się kwiaty
i liście dębów, klonów, wierzb i brzóz dotkną powietrza,
by ono nas wiosny ciepłem kojącym darzyło

Jaryle, niech twe zboża wzrastają do góry jakby sosnowy bór,
by mącznymi potrawami cieszyć nasze oczy, nasze usta

Swarogu, twa słoneczna tarcza niech broni siebie
i nas przed szaroczarnymi chmurami, przed deszczem,
by był krótki i nasycał mokoszową ziemię,
by nie dokuczał naszym zagrodom, ciałom i umysłom

Niech nasze święte lasy, co drogim skarbem są,
szlachetnymi metalami naszych dusz,
płomiennej radości użyczają,
by smutkiem, rozpaczą i zgryzotą pogardzały,
by przemówiły do nas dobrą radą duchową

Krew naszej ziemi niech płynie,
pokonawszy lodowe kry zimy,
by pobudzały nasze myśli i czyny do dobra,
wiecznego i nieskończonego.

Dla was, welesowe dzieci – wiersz

veles___slavic_god_by_fuchskauz-d7o74ycZawiał wiatr, huknęły lasy, gdzie dębowe stoją gaje,
sierp miesiąca błysnął srebrem, słychać pieśni nadchodzące.
Śród kurhanów spieszą ludy, guślarz między groby staje,
dziś za dusze modły wznoszą, tam, do Nawii spieszno mknące.

Duch guślarza wszelki słucha, ten zaś hołdy inkantuje,
lud ofiary, krwią zbroczone niesie z ptactwa i zajęcy,
oraz zioła i owoce, z nich pożywkę przyszykuje,
dla nich, welesowych dzieci, których ni już z życia przędzy,

splot przerwały losu duchy. Wnet wystrzela między dęby,
widmo jakieś pośród ognia, wyje, miota się i skrzeczy…
Guślarz szepce coraz głośniej, widmo szczerzy ostre zęby,
żre złożone mu ofiary, on tu zmarłych ma na pieczy.

Ryknął demon raz ostatni, po czym wzleciał między bory,
znak to, że ofiarę przyjął i opiekę im da swoją,
przez najbliższy rok okrągły. A, że lud do zabaw skory,
wnet się w dziki pląs porywa. Niechaj inni się dziś zbroją,

miota się w słowiańskiej piersi duch słowiański, rozum, serce,
pieść wesoła, pieść chwalebna, między drzewa a kurhany,
dusza lgnie do śmiertelnika i porywa go za ręce,
ten to groźny wódz sprzed laty, tu to ojciec nasz kochany.

Legli oni, krwią zbroczywszy wiary nowej korzenienie,
ich to krzyża znakiem świętym na ofiary mu złożono,
oni wolność sprawowali, żadne jest ich przewinienie,
jednak strawił stosu płomień, padli na Welesa łono.

Dziś granica jest zatarta między nami a zaświaty,
brzmi hulanka, pieśni, tańce, drży Peruna ogród pański,
ciżba przez płomienie skacze, pana z panną sypią kwiaty.
Tradycję czci na wieki. Tak, to naród nasz słowiański.

 

Autor: BeArcik, Beata z Częstochowy, 23 sierpnia 2010

Dobroć Leszego – Świt Historii

Patrzcie najdroższe, oto jest ciało.
Patrzcie co dzierży! Złamana gałąź!
Domu naszego szanować nie chciał.
Zabity został, tak rzekła więźba.

Zbliżcie się wszystkie ptaki, owady,
największe robaki, najmniejsze szkraby.
Lisy i kuny, myszy w swych norach,
wszystkie pragnące mięsa smakować.

Posilcie się dziatki człowiekiem lichym,
drążcie, smakujcie sam do was przybył.
Woda z truchła niech płynie przez ziemię,
drzewa kochane, szykujcie korzenie!

Mamy szczęście, że ludzki gatunek
głupi jest wielce, zrozumieć nie umie.
Że kto las nawiedza bez czci należytej,
zapłaci krwią, ciałem, życiem.

Dzięki ci ojcze, że karmisz nas sycie,
dbasz o nas czule i chronisz nam życie.
Dzięki za pieczę nad domem zielonym,
zaszczyt to być dziecięciem twoim.

Autor: Świt Historii

leszy-makota-1

 

https://www.facebook.com/swit.historii/

Sasza Aleksandra -Mir na chwałę Bogów

Wiersz z 30 lipca 2016 roku napisany przez Saszę Aleksandrę

Na silnych barkach mężczyzn i w ciepłych uściskach kobiet
Poniesiemy wolę przodków, zapalimy ich święty ogień
Zachowamy mądrość prastarą w szumie dębów i szeptach strumieni
I wzniesiemy ręce ku niebu, stojąc boso na wilgotnej ziemi

Z pokorą, ale bez strachu zwrócimy ku słońcu twarze
Pokażemy naszym dzieciom, co rodzime i co nasze
Zaśpiewamy pieśń pradawną, która zbudzi pokolenia
Ocalimy wiarę ojców od zapomnienia

Krzewiąc pokój i spokój ducha
Póki krew w żyłach i powietrze w płucach
Nie ucichną dźwięki rogów
Trwać MIR będzie – na chwałę Bogów!

13912680_1763087597307231_4543924132077445155_n

Nasze słowiańskie ziemie – SynPrzedwiecznychBogów

Nasze słowiańskie ziemie, gdzie chramy dębowe
i święte gaje pośród uroczysk nestorowych
i leśnych stawów, strug od wieków sunących powoli

Rysuję Ręce Boga na suchym piasku, który rozwieje wkoło wiatr

One znikną, lecz nasze serca i umysły pamiętają obraz ich

Świaszczyca lśni na naszych licach jakby najmocniejsze słoneczne światło

Jesteśmy dziećmi praojców, narodzonymi przed ludźmi krzyża, półksiężyca i gwiazdy hebrajskiej

Każdy na rozstaju wybiera swą drogę – my idziemy jasną dla nas
ścieżką Peruna, Świętowita, Mokoszy, Welesa i innych drogich naszym egzystencjom bogów

Każdy na rozstaju wybiera swą drogę – lecz cześć przyrodzie rozlejmy jako miłość na wszystkich.

Autor: SynPrzedwiecznychBogów, luty 2016

Światowid – wiersz z poematu Miłość Bogów

Pisany ongiś językiem, znaczy z roku 1859.

swiatowid_ze_zbrucza

Zkąd te grzmoty i te wiry?
Wśród srébrzystéj gwiazd zamieci,
Przez ciemnice i szafiry,
Przez płonących sfer miljony,
Przez pienistą światów toń,
Kolosalny, nieścigniony,
A radosny, skrząco-oki,
Nad burzami we mgle leci,
Leci biały jak obłoki,
Leci grzmiący jak potoki,
Koń!

Mléczna droga, niby grzywa,
Z jego szyi światłem spływa;
Wieczność w swych otchłaniach śpiąca,
Gdy ją rumak w locie trąca,
W złote wzbija się tumany….
Cztéry słońca, jak podkowy,
Grzmią po drodze jutrzenkowéj,
Rubinami nabijanéj.
A na końcu czółnkiem chwały,
Z orlich puchów uprzedzony,
Cudnie świéci czaprak biały.
Któż na białym tym rumaku,
Któż na białym tym czapraku,
Odbierając sfer pokłony,
Pędzi wśród zawikłanych dróg,
Po nieskończoności szlaku?
Bóg!

Jak sperlone śniegiem liście,
Jak księżyca pożar blady,
Jak ogromne wodospady,
Jak gołębi szumny rój,
Tak owiewa go srébrzyście,
Strój!

W jego jasnéj lewéj dłoni,
Pieniac się od białych strug
Niebiańskiego tego miodu,
Którego cudowna władza
Jedną kropelką odmładza
Siły człowieczego rodu,
Srébrny, wielki, lśni i dzowni
Róg!

Przy tym rogu, przy tym zdroju,
Zkąd wypływa czar pokoju,
Jak przy kwiecie uplot węży,
Jako łabędziu kruk,
W prawém ręku bożka, cięży
Łuk!

Z jego piersi, nastrojonéj
Na skalę wszystkich stuleci,
Brzmi muzyka tajemnicza,
Któréj nie słyszą miljony,
Tylko mędrcy i poeci.
A nad jego orlą szyją,
Cztéry cudowne oblicza
Tak ogromném światłem biją,
Że choć leci wśród ciemnicy,
Gdzieby słońca czuły trwogę,
Nie trwoży się cztérolicy,
Sam rozświeca sobie drogę!
Z ośmiu źrenic widzącego,
Nakształt gromów, na kształt kłosów,
Nakształt rozgorzałych dzid,
Spojrzenia w łono niebiosów,
Tak przeszywające biegą,
Że Słowianie mu olbrzymie,
Najolbrzymsze dali imię:
Wid!

Nie ma tak pochmurnych ciemnijc,
Nie ma tak cichéj mogiły,
Nie ma tak wiernych tajemnic,
Nie ma takich gęstych krat,
Coby przed nim pyłek skryły.
Jak niezmienność jest głęboka,
Jak nieskończoność szeroka,
Jak nieśmiertelność wysoka,
On ogarnia, błyskiem oka,
Świat!

Świat widzący! Światowidzie!
Ten, co na hełmie ze złota
Światłą mądrość ma jak pióro,
Niby paź za tobą idzie,
A wygląda jak twój cień.
Dzień!

Owinięta błędów chmurą,
Strzelająca z gwiazd jak z proc,
Oh! na widok twój się miota,
Noc!

Więc co wieczór, gdy noc blada,
Rozczesawszy srébrne włosy,
Opanować chce niebiosy,
Cztéro-czoły, ośmio-oki,
Na białego konia wsiada,
Goni…. ona leci drząca….
On ją gna błyskami stali,
Na biebieskiéj drogi szczyt:
Ztmatąd pod winokres strąca…
Aż jéj zsiniałe zwłoki,
Jak grobowy kamień, zawali
Świt.

Jednak ona, choć zraniona,
Silną jest, umrzeć nie może,
Rozbija się w swéj mogile…
Nim wieczorne spłoną zorze,
Rozwalą ją, wstaje w sile,
I walczy o światów tron!
Lecz przyjdzie takie zaranie,
Po którém noc już nie wstanie,
I z nią razem skona
Skon!

Gdy się dwie komety trącą,
Gdy się wzburzą oceany,
Gdy pożar dłonią iskrzącą
W czerwień maluje obłoki,
Gdy gniewnych orłów gromada
Walkę wypowié sokołom,
Gdy więdnie kwiat nadłamany,
Cztéro-czoły, ośmio-oki
Na białego konia wsiada,
Leci, leci… aż na wir
Wpół-obłąkanéj przyrody,
Zlewa miody, balsam zgody,
I nakazuje żywiołom
Mir.

Gdy narodom wyda w ucisku
Jęk, jako Bałtyk głęboki.
Gdy się na pobojowisku
Krwawi krogulcza biesiada,
Cztéro-czoły, ośmio-oki
Na białego konia wsiada,
Chyży jak śmierci godzina,
Pomiędzy dwa wojska wpada,
I niechybny łuk napina,
I odpędza gnębiciela;
A oswobodzony lud,
Woła w szaleństwie wesela:
„Cud!”

A kiedy wszystko ukoi,
Wszystkie więzy porozplata,
Na modréj stolicy swojéj
Siada u wierzchołków świata.
A wtedy ogrom natury,
Co się u stóp jego pieni,
Ludzie co przed nim schyleni,
Nie śmieją źrenicy wznieść,
I młodszych bogów drużyna,
Która tęczą go opina,
Nucą potrójnemi chóry:
„Cześć”!

Deotyma

Czytaj dalej

Ja żerca starego kultu Bogów

Ja żerca starego kultu Bogów,
Ja dawnych filarów wielki strażnik
Mnie nie dopadnie przekleństwo krzyża
I płomień ogniska nie dotknie tej skóry.

Wszystko święte w pokoju – zamrzyj, przemilcz
Zadziwiaj się otaczającą mocą
A cichą pieśń wróżki usłyszysz w nocy,
Co sławi mocarne gaje.

Pamiętaliśmy przodków odszedłszych przekaz:
Pokój siłą jedności przepiękny
W lasach ostojach chroniły od bied
Nas dąb, i tarnina, i jesion.

Z dalekich ziem przyszli ku nam obcy,
Niosąc ze sobą nową wiarę,
Ich strzały lecą, i ich błyszczą klingi,
Nam śmierć z rąk opętańców.

Okrutna łeż tych przyszedłszych „panów”
Czyż będą rządzić odtąd?
I w płomieniach ginie mój miły naród
Za oddanie wierze duszewnego światła.

Czyż król może być oprawcą?
Po co mój naród przez niego skrzywdzony!
Ale ten, kto przyszedł z obnażonym mieczem,
Sam będzie kiedyś pokonany.

A mnie od jarości nowych idei
Dębowe gaje ukryją.
Mnie nie dościgną przeklęte krzyże,
I płomień ogniska nie nakryje,
A jeśli dotknie klinga ostra,
Utkwi już w ciało, skaziwszy dumny stan,
Ja szlochem przedśmiertnym osławię swoją,
Wiarę w siłę i moc ducha moją.